„Ekspedycja” vel „Bogowie z kosmosu” czyli Polch vs. Daniken

Cudze chwalicie a swojego nie znacie. No fakt, nie znacie. Ekspedycji, oryginalnie wydanej jako Bogowie z kosmosu nie znałem. Ba! Ja nawet o niej nie słyszałem! Seria w swoim pierwotnym kształcie wydawana była w latach 1978 – 1982. Ostatni rozdział opowieści ukazał się w roku moich urodzin – zerowych, gwoli ścisłości (taki dowcip, słaby raczej), jestem zatem poniekąd usprawiedliwiony. Bo to niby są moje czasy, ale jakby jednak nie…

Zaległości mają to do siebie, że je warto nadrabiać. Zasada ta dotyczy oczywiście wyłącznie przyjemnych zaległości, a czytanie komiksów wszak do takich należy. Okazją by Ekspedycję przeczytać była promocja w księgarni, w której akurat robiłem planowane zakupy. Wydanie zbiorcze plus dobra cena plus spora objętość tomu. Wynik równania drastycznie redukował ryzyko źle ulokowanych środków, zatem Ekspedycja trafiła do koszyka, a parę dni później, za pośrednictwem kuriera, w moje wypielęgnowane dłonie erudyty i konsumenta kultury średniej. I oto została przeczytana. A ja piszę przydługi wstęp tylko dlatego, że nie wiem jak przejść do meritum. Bo… no dobrze, miejmy to z głowy, miłością do niej nie zapałałem. No i proszę, coming out mamy z głowy!

Zacznę jednak od tego, co mi się spodobało, bo choć mistycznego porozumienia pomiędzy mną a Ekspedycją brakło, to jednak znalazłem w sobie dość zaparcia, by przeczytać całość, a momentami nawet dobrze się bawiłem. Podoba mi się samo wydanie. Porządnie zrobione, z grubą okładką, na niezłym papierze. Ciężkie co się zowie i ta ciężkość nieco przeszkadza w lekturze, więc konieczne jest posiadanie stosownego stanowiska lekturowego, takiego, w którym tomiszcze nie zemdli naszych rąk. Jeśli dysponujecie czymś służącym lewitacji, jak np. półeczką antygrawitacyjną, to też się nada, tradycyjnie jednak czytelnicy chętniej korzystają z pleców niewolnika/niewolnicy (niepotrzebne skreślić), a co bardziej zdesperowani używają mebli (sic!).

Dość mocną stroną Ekspedycji jest rysunek – nie określiłbym go mianem mistrzowskiego, bardziej uczciwe byłoby stwierdzenie, że to naprawdę mocny warsztat, taki, którego wstydzić się nie trzeba i jakiego Panbu mógłby udzielać częściej twórcom kultury rysowanej. Twarze – zwłaszcza w zbliżeniach – dają radę, widać na nich to co być widoczne powinno. Radę dają także sprawy technologiczne – rzecz to ważna, wszak Ekspedycja to rasowe science-fiction i to bardzo epickie w formie. Mnóstwo tutaj pojazdów gwiezdnych, swojsko zwanych kosmolotami (lol) i rozmaitych innych sprzętów naukowo-fikcyjnych (ze wskazaniem na to drugie). Tak, jest bardzo rasowo. Znaczną część tych artefaktów pokryła już patyna starości i raczej nie obronią się jeśli nie damy im szansy i nie potraktujemy z przymrużeniem oka, niektóre jednak mają w sobie owe „coś”, co miłośnikowi gatunku zapewni drgnięcie serduszka. A kilka techno-artefaktów z tego komiksu z przyjemnością zaimportowałbym do katalogu ulubionych koncepcji. Sam Polch się skromnie pochwalił – w wywiadzie umieszczonym na końcu tomiszcza – że wyprzedził swoje czasy i zaproponował wizję, która staje się obecnie rzeczywistością, przynajmniej w części. Jakkolwiek chełpliwie to brzmi, jest w tym ziarenko prawdy. Może nawet kilka ziarenek. Nie jest to jednak prawda, tylko prawda i sama prawda, niestety.

Źródło: Gildia.pl

Tym, co podkreśla wiek komiksu jest także koloryzacja. Pamiętamy ją w takiej formie z dawnych i gorszych czasów: by powiedzieć, że oszczędną to jakby nie powiedzieć nic, gdyż większość kadrów pokrywa zaledwie kilka kolorów, dwa lub trzy, ewentualnie delikatny ich gradient. Nijak się to ma do współczesnego rysunku, w którym kolorysta ma szansę wykazać swój kunszt i nierzadko jest prezentowany przez wydawcę z dumą, tuż za autorem scenariusza i samym rysownikiem. Mówi się trudno, tego już nie zmienimy, ale i nie ma co się smucić: da się to przeżyć, a dzięki naprawdę dobremu rysunkowi specyficzna koloryzacja nie przeszkadza, zdaje się być wręcz niedostrzegalna.

Największa słabość – w zasadzie kładąca Ekspedycję – to fabuła. Wielki szacunek za próbę wizualizacji pomysłów Ericha von Danikena, jednak zaliczenia czelendżu nie będzie. Zamysł zasługuje na złoto: mamy tutaj bardzo ambitną fabułę, której twórcy – nawiązując do Danikena – próbują połączyć koncepcję ingerencji kosmitów z milionem twardych, półtwardych lub całkiem miękkich faktów (i „faktów”) historycznych, zalewając to gęstym sosem niemal niekończącej się akcji, o jakiej Star Treki mogły sobie śnić. Trochę to wygląda jak konkurs, w którym uczestnicy mają za zadanie wykazać się kreatywnością i zaprezentować teorię łączącą wszystkie przedmioty na stole, na podłodze i jeszcze te widziane za oknem oraz kilka niewidocznych. Nie twierdzę, że się nie da, ale tak karkołomny zamysł wymaga jednak znacznie bardziej przemyślanego podejścia. Diabeł bowiem tkwi w szczegółach, a te się tutaj rozłażą.

UWAGA! SPOJLERY!

Przybliżmy kilka niuansów. Ziemianie nie różnią się od kosmitów, przybyszów z planety Des, bowiem jak się dowiadujemy „takie są prawa kosmosu”. Eee… czyli na naszej planecie wykształciły się miliony gatunków, czasami tak odmiennych, że aż wyobraźnia staje w poprzek naszych mózgów kiedy to próbujemy ogarnąć, ale autorzy scenariusza twierdzą, że na odmiennych planetach w odmiennych warunkach wykształcą się takie same istoty (potem jest wyjaśnione, że różnią się genetycznie, ale wyglądają tak samo… hę?). Okay, kupuję to. Bo dzięki temu nasi bohaterowie są w sumie ludźmi, choć nazywa się ich kosmitami (makes sense!). To trochę jak w budżetowym przedstawieniu w teatrze szkolnym, w którym Rysiek z drugiej c gra „pana o ciemnej skórze”, z kolei Zosia z piątej udaje, że jest czymś w rodzaju superstruny podtrzymującej studnię grawitacyjną lokalnej gwiazdy (w sensie: słońce trzyma), ale rodzice aka widownia udają, że there is no spoon. Nic to, jedziemy dalej. Pierwsza baza kosmitów ulega zniszczeniu w wyniku erupcji wulkanu. Zaraz, zaraz… coś mi tu nie pasuje. Czy oni nie potrafili przewidzieć wybuchu wulkanu mimo techniki pozwalającej im przebyć tysiące lat świetlnych (pomińmy milczeniem fakt, że wyprawa mająca na celu „zapłodnienie” planety została wysłana bez laboratorium genetycznego, które doleciało w drugim kosmolocie)? I, nade wszystko, co za intelektualni guru budują bazę w cieniu wulkanu? Lećmy dalej. Dość dosłownie: lećmy na Des. Informacja z offu (przypis narracyjny), że podróż trwa tak długo, że wiele pokoleń narodzi się i umrze nim uśpieni bohaterowie dotrą do celu. A kiedy docierają okazuje się, że na Ziemi nadal żyje przedstawiciel lokalnego plemienia, którego bohaterowie osobiście żegnali przed odlotem. Fluktuacje czasowe o jakich nie śniło się Einsteinowi. Potem mamy garść kosmicznych nawiązań do Biblii, na przykład automat do robienia manny, z którego powodu Hebrajczycy muszą udać się na tułaczkę… majstersztyk, którego nie mogę tutaj wyjaśnić, bo to prawie tak jakbym okradł pięciolatka! I… można by tak dalej, naprawdę, naprawdę długo, bo karawana cudów jest długa, a każdy kolejny wagon (wiel-błąd?) ciekawszy i bardziej „odleciany”. Myślę, że gdybym znowu miał czternaście lat byłbym zachwycony!

KONIEC SPOJLERÓW

Wymienianie bzdur fabularnych nie ma sensu, bo trzebaby rozpisać się na kilkanaście stron. To właśnie jest problem: autorzy łapali pomysły, ogłuszali je, wiązali i przypinali łańcuchami jeden do drugiego, w rezultacie uzyskując kolorową gromadę niepasujących do siebie rozwiązań. Ilość deus ex machina przytłacza, a nadprzyrodzona skłonność bohaterów do celowego nierozwiązywania problemów byle tylko te problemy mogły urodzić nowe problemy na kolejnych stronach, zdaje się sugerować że było to grane pod Księgę Rekordów Guinessa. Fabuły nie kupuję.

Ale może nie powinienem kupić? Polch twierdzi, że grupa odbiorców tego komiksu to osobniki w wieku 15-20. I tutaj muszę rozłożyć ręce. Podwójnie. Po pierwsze, nie jestem członkiem tej ekskluzywnej grupy (oficjalnie twierdzę, że nigdy nie byłem), po drugie zaś, nie potrafię sobie wyobrazić jakie były oczekiwania młodzieży 15-20-letniej w roku 1980 na przykład. Świat bez Internetu, z mniejszą dostępnością do komiksu, zwłaszcza bardziej ambitnego… słowem coś w rodzaju średniowiecza łamanego przez starożytność, może nawet prehistoria jakaś. Jestem w stanie zrozumieć, że komiks się podobał z uwagi na epicki rozmach opowieści i sporo fajnych rysunków. Zwłaszcza chłopcy lubią popatrzyć na duże statki gwiezdne, chociażby je nazwać kosmolotami, oraz na ładne dziewczyny w obcisłych skafandrach – to się nie zmieniło i w naszych czasach. Fabularnie jednak nawet te cztery dekady temu komiks nie mógł celować w odbiorcę oczytanego i wymagającego, a sprzymierzeńcem twórców musiał być fakt, że był wydawany w odcinkach. Taka forma publikacji powoduje, że łatwiej się pogubić w treści, a tym samym łatwiej zaakceptować morze uproszczeń i skrótów myślowych.

Reasumując:

  • pozycja ad acta – kupić, przeczytać (lub nie) i schować, ale mieć warto bo klasyka
  • wizualia lepsze od fabulariów – obejrzenie przyniesie więcej radochy niż przeczytanie
  • fabuła dziurawa, ale dużo się dzieje, akcja jak w thrillerze, a i thrillery bywają wszak dziurawe
  • gdyby było to bardziej dopracowane to możnaby prezentować światu jako „Polak potrafi”, ale w obecnym kształcie lepiej – jeśli już pokazujemy – nie wdawać się w szczegóły, a nawet – pro forma – zwalić na Niemców (cofnąłbym się w przyczynach do zaborów)
  • w sumie kasa stracona nie była, parę dni czytania wpadło, momenty przyjemne

Ciekawostka: główna bohaterka – Ais – ma twarz żony rysownika, czyli Polcha. Jest to bardzo ładna twarz i nie dziwi fakt, że niewiasta tak interesującej urody użyczyła owej twarzy jeszcze raz, przy okazji Funky Kovala!

  • Tytuł: Ekspedycja / Bogowie z Kosmosu
  • Wydawca PL: oryginalnie 1978 – 1982, wydanie zbiorcze Pruszyński Media 2015
  • Ilustrator: Bogusław Polch
  • Scenariusz: Arnold Mostowicz i Alfred Górny
  • W skrócie: rysunek daje radę od razu, fabuła dopiero po trzech piwach

2 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s