„Wieczna wojna” – tysiąc lat w kosmosie

Science-fiction to król literatury, przynajmniej według mnie. Kocham każdy gatunek i w każdym gatunku potrafię znaleźć coś dla siebie, a w swoim długim i nieciekawym życiu zdarzyło mi się nawet dobrze bawić przy Harlequinie (nie pytajcie), jednak to właśnie naukowo-fikcyjne bajania kręcą mnie najbardziej. Odnoszę czasami wrażenie – na szczęście częściowo niesłuszne – że science-fiction ma już swoje najlepsze lata za sobą, że samo się zdradziło, przeistoczyło w gatunek pretekstowy, dostarczający zaledwie tła dla poślednich opowieści spod znaku space-opery czy science-fantasy. Łezka się w oku kręci na myśl o najważniejszych dziełach gatunku, o dziełach, których twórcy nie tylko mieli pomysł o czym nam chcą opowiedzieć – a były to rzeczy ważkie – ale i umieli to zrobić we wspaniałym stylu. Taka jest Wieczna wojna napisana prawie cztery dekady temu przez Joe Haldemana. Taka jest też Wieczna wojna narysowana przez Marvano dziesięć lat później a wydana względnie niedawno w ładnym, zbiorczym tomie.

Wieczna wojna – powieść – cieszy się, zasłużenie, opinią bardzo wartościowej fantastyki naukowej. Jeśli macie fetysza statuetkowego, to proszę bardzo: doceniono ją nagrodami Hugo i Nebula, czyli odpowiednikiem Oscara i Złotych Lwów dla książki sci-fi. Nagrody przychodzą i odchodzą… no dobra, z tym odchodzeniem to niekoniecznie, ale faktem jest, że prędzej czy później nabierają znaczenia czysto statystycznego. Nas interesuje wyłącznie to, że Wieczna wojna się nie zestarzała u progu trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Aby nie pogłębiać zamieszania, dalej odnosić się będę przede wszystkim do komiksu, choć można i należy pamiętać, że komiks i powieść w wielu aspektach są tożsame i siebie godne.

Opowieść ulokowana jest w przyszłości (która jednakowoż, z naszego punktu widzenia jest już przeszłością, bowiem oryginalnie rzecz dzieje się pod koniec lat dziewięćdziesiatych ubiegłego wieku). Ziemia, zjednoczona i szczęśliwa, sięgnęła do gwiazd, ale te okazały się zamieszkane. W sektorze Aldebarana odkryto obcą cywilizację, która również dysponuje technologią podróży międzygwiezdnych – kosmitów nazwano Bykarianami (sic!). Szybko dochodzi do pierwszych wrogich aktów, które uruchamiają lawinę następstw, a jedną z pierwszych grudek owej lawiny jest szeregowy William Mandella. Mandela jest rekrutem elitarnego oddziału sił zbrojnych UNEF. Niewiele później on i jego towarzysze przeprowadzają pierwszą, ale nie ostatnią operację ofensywną, rozkręcając wojnę na dobre. W rezultacie Bykarianie przeprowadzają rewanż… i tak to leci. Przez tysiąc lat. A Mandella będzie uczestniczył w tej karczemnej awanturze na skalę galaktyki do samego końca! A nawet jeszcze dłużej.

Tysiąc lat? Bzdura! – zakrzyknie ktoś znad kufla z piwem. Jakżeby to miało być! Czy Mandella może żyć tak długo? Czy jakikolwiek ustrój polityczny na Ziemi jest w stanie przetrwać tysiąc lat, nie wspominając już o jakimkolwiek budżecie wojennym? No i czy te całe statki kosmiczne mogą latać tak długo bez obowiązkowego przeglądu technicznego i odnowienia polisy? Tutaj oczywiście Haldeman musiał trochę pokombinować, ale wbrew pozorom wszystko się trzyma kupy. Czas, jak wiadomo, jest względny i właściwy danemu obserwatorowi. Mandella i jego towarzysze, podróżujący po galaktyce z ogromnymi prędkościami, starzeją się w zupełnie innym tempie niż biedacy na Ziemi. Sztuczki fizyczne nie są jednak w stanie zapewnić nieśmiertelności – bardzo niewielu towarzyszy Mandelli przetrwa milenium w ogniu walk. Ludzie giną na ćwiczeniach, w głupich wypadkach, w chwilach triumfu, nawet zabijają się nawzajem, porwani berserkerskim szałem. Tam gdzie duzi chłopcy i duże dziewczynki bawią się groźnymi zabawkami, granica pomiędzy życiem, a efektownym zgonem jest bardzo cienka. Czasami zaś jej nie ma.

Wieczna wojna jest pięknie narysowana (standardowo, skriny nie oddają jakości druku). Aż trudno uwierzyć, że te rysunki mają trzydzieści lat. No dobrze, może odrobinkę się zestarzały, ale tylko odrobinkę. W grafikę Marvano wpada się od pierwszych kadrów i nie sposób uwolnić się z jej siły przyciągania, aż do ostatniej stronicy. Ogromny szacunek należy się rysownikowi za zrozumienie o czym właściwie jest ta opowieść – nie wiem na czym polegał udział Haldemana w tworzeniu scenariusza, czy był jedynie „dawcą nazwiska”, czy autentycznie przepracował od nowa swoją historię, ale efekt w postaci gotowego komiksu jest świetny. Doskonale zbalansowany, bardzo przekonujący i poruszający. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że Wieczna wojna to taki trochę technothriller science-fiction: sporo w niej okrętów gwiezdnych, walk na powierzchniach planet czy w samym kosmosie, a wszystkie one są mocne i widowiskowe. Ale to tylko sztafaż, pod którym kryje się głębsza i ważniejsza treść. Rysunkowa Wieczna wojna jest bowiem cennym manifestem antywojennym, lecz także obrazem naszego społeczeństwa jako takiego. To studium zakłamania i zniewolenia człowieka, opowieść o manipulacji, która sprawia że inteligentni ludzie gotowi są zabijać i ginąć w imię czegoś, co bywa ułudą. Warto nadmienić, że wszystko to jest przekazane bardzo oszczędnie, bez zbędnej łopatologii i niezupełnie jednostronnie. Ta ostatnia cecha utworu urzekła mnie szczególnie, miałem wręcz wrażenie, że mój pacyfistyczny odbiór komiksu buduje się wbrew Mandelli, Marvano i Haldemanowi. Znaczy to, że sama opowieść jest zbudowana w taki sposób, by do konkretnych wniosków dojść samemu. Być może będą to inne wnioski niż moje. Ale akurat na to nie stawiałbym dorodnych kasztanów.

Źródło grafiki: https://egmont.pl/Wieczna-wojna

Wieczna wojna to jeden z lepszych komiksów jakie przeczytałem. Wspaniałe rozczarowanie i bardzo satysfakcjonująca wyprawa w rejony, których tak naprawdę nie chciałem odwiedzać. Nie jestem pacyfistą, ale i trudno mnie nazwać miłośnikiem wojny. Uważam się za osobę z środka – teoretycznie nie trzeba mnie przekonywać do tego, że wojna jest złem, a jednak Haldeman i Marvano sprawili, że parę razy zrobiło mi się bardzo nieprzyjemnie. Tak nieprzyjemnie, jak może się to przytrafić tylko intelektualiście będącemu świadkiem jak ktoś morduje prawdę i sprawiedliwość (nie mylić z prawem i sprawiedliwością…). Nie mniej doceniam warstwę technologiczną i kosmologiczną: wszechświat Marvano jest epicki, okręty gwiezdne dają czadu, a niektóre ze starć wbijają w fotel. Jeśli nie dynamiką, to dodatkowym kontekstem. Komiks stacjonuje już na uprzywilejowanej lokacji półkowej z mocną adnotacją „zachować i przeczytać ponownie”.

Ciekawostka na koniec: powieść – a tym samym komiks – jest oparta na przeżyciach autora, Joe Haldemana. Nie, nie toczył on międzygalaktycznej wojny z kosmitami, ale odhaczył swoje w równie mrocznym Wietnamie i to właśnie jego tamtejsze doświadczenia stały się inspiracją do stworzenia opowieści. W komiksie odniesień do wojny wietnamskiej nie odnajdziecie, choć czytając go starannie, z lupą w ręku, odkryjecie pewne tropy. Najbardziej oczywistym przykładem jest sposób w jaki zaczęła się wojna z alienami – vide niesławny incydent w Zatoce Tonkijskiej. Inne odniesienia nie są już tak czytelne, nawiązują do charakteru wojny jako takiej, nie zaś do faktografii. Osobną kategorią są obserwacje socjologiczno-polityczne; zapewne i tutaj Haldeman wzorował się odrobinę na ówczesnej, okołowojennej rzeczywistości (i retoryce), ale jego wnioski są mocno oderwane od realiów amerykańskich z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wygląda na to, że wybiegł myślą bardzo daleko do przodu, konfigurując Ziemię przyszłości w klimatach antyutopijno-dystopicznych, nieco przerażających ale mniej karykaturalno-hiperbolicznych niż w prozie „klasyków” gatunku. Marvano, siłą rzeczy, nie mógł się „rozgadać” w tych obszarach, komiks bowiem wymaga uproszczenia przekazu, lecz w niczym nie umniejszył jakości oryginału. W jego kresce ożywa świat widziany oczami duszy Haldemana i na czas potrzebny na lekturę staje się także naszym światem.

Metka:

  • Tytuł: Wieczna wojna
  • Wydawca PL: Egmont 2016
  • Ilustrator: Marvano
  • Scenariusz: Joe Haldeman
  • W skrócie: Wietnam w kosmosie – da się? Da się!

2 Comments

  1. Kolejna błyskotliwa recenzja! Lata temu czytałem tę powieść, ale widzę, że po komiksową adaptację także warto sięgnąć 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s