„El Gaucho” – tylko dla dorosłych, nie tylko dla facetów

Nie wiedzieć czemu – no, powiedzmy, że prawie nie wiedzieć czemu – jeśli coś jest nazwane „rzeczą dla facetów” to automatycznie pojawia się asumpt, jakoby owa rzecz miała w sobie po prostu dużo seksu, natomiast nic cokolwiek bardziej ambitnego. Osobiście uważam, że – po pierwsze – seks jest bardzo ambitną sprawą, bo trzeba się nielicho nagłówkować, by go mieć, ale tego akurat rozwijać nie zamierzam. Po drugie – męskie czy też dorosłe dzieła kultury potrafią nie raz zaskoczyć nawet wymagających krytyków. Okay, zgadzam się: raczej rzadziej niż częściej, ale jednak! Czy El Gaucho narysowany przez słynnego Manarę i obdarzony scenariuszem przez co najmniej równie znanego Pratta jest przykładem na coś bardziej ambitnego niż by to wynikało ze wstępnych oczekiwań?

Zacznijmy od potwierdzenia, że El Gaucho faktycznie jest komiksem dla dorosłych, próżno jednak szukać w nim naprawdę twardych treści seksualnych. To nie pornos, a i w kategorii erotyki określilibyśmy go mianem „utworu lekkiego”. Nie ma „scen” jako takich, a jeśli dochodzi do aktów seksualnych, to nie są one rozwijane na kolejnych kadrach, a nawet przeciwnie: Manara ucina je, jakby się trochę bał, że go poniesie. Erotyka w El Gaucho ma zatem postać znaczących inscenizacji, w których nic nie zostaje przed nami ukryte, ale i niewiele jest de facto pokazane. Poza nagością jako taką. A tej w komiksie nie brakuje, ale i nie występuje w nadmiarze. Ot, taki złoty środek, aczkolwiek owe optimum zdefiniowane jest przez męski punkt widzenia.

Notabene, czytając – no dobra: oglądając i czytając – El Gaucho, przypomniała mi się światła teoria nieżyjącego już wielkiego humanisty, mianowicie Umberto Eco. Wielki Włoch uznał bowiem, że film pornograficzny to taki, w którym… bohaterowie na przebycie drogi z punktu A do punktu B poświęcają więcej czasu niżby chciał widz. Jak to zwykle z Eco bywało, koncepcja ta jest cokolwiek przewrotna – i taka być powinna. Sam Eco wyjaśnił, że film złożony w całości ze scen kopulacyjnych byłby nie do wytrzymania – ani dla aktorów, ani widzów, więc zdefiniował gatunek w sposób, który celowo nie wyklucza z tej kategorii właściwie żadnego dzieła. Ach, długo moglibyśmy pisać o nieżyjącym już Umberto, a jeszcze więcej do czytania pozostawił on sam. Dokonałem – na użytek własny i całego mojego bloga – drobnej trawestacji jego słów: w filmie czy komiksie erotycznym czas potrzebny na przebycie drogi z punktu A do punktu B jest jeszcze dłuższy niż w dziele pornograficznym, zwłaszcza z punktu widzenia odbiorcy.

Co nas prawadzi do ciekawych wniosków, w których podeprzeć się musimy – wreszcie! – fabułą El Gaucho. W sumie nie do końca rozumiem, czemu nie uczyniłem tego do tej pory. Naprawmy ten błąd i przyjrzyjmy się podróży bohaterów z punktu A do B. I bohaterom jako takim.

Komiks hojnie obdarza nas postaciami pierwszego planu – otrzymujemy ich trzy i pół sztuki, co jest pewnym uśrednieniem, gdyż co do jednej osoby mamy wątpliwości, czy uznać ją z bohatera planu pierwszego czy drugiego. Wątpliwości nie są nieuzasadnione, gdyż bohaterom naszkicowanym przez Pratta brakuje większej głębi, stąd też różnica pomiędzy planem pierwszym a drugim sprowadza się w sumie do „czasu ekranowego”, a i tego nie ma aż tak dużo – El Gaucho ma aż/jedynie 142 strony. Sporo dla jednego herosa, całkiem zaś mało dla całego ich stada. I to, niestety, jest pierwszą ujmą na honorze recenzowanego dzieła.

Wydarzenia przedstawione w El Gaucho mają miejsce w 1806 roku. Brytyjska armada rzuca kotwicę u wybrzeży Wicekrólestwa La Platy, czyli późniejszej Argentyny, obecnie zaś ważnej posiadłości hiszpańskiej. Anglicy planują przejąć Wicekrólestwo i wprowadzić w nim własne rządy. Właśnie na jednym z okrętów Jej Królewskiej Mości poznajemy naszych bohaterów. Są to młody dobosz 71. Pułku Strzelców Szkockich (71st Highland Regiment of Foot, udział w wycieczce południowoamerykańskiej jest zgodny z historią Pułku) Tom Browne, irlandzkiej krwi dziwka (hmm… może politycznie poprawniejszym terminem będzie „operatorka sex-businessu”) Molly oraz garbaty majtek (prosty-inaczej?) zwany, dla niepoznaki, garbusem. Jest jeszcze ten czwarty, który trzyma się blisko wydarzeń i poprzednich bohaterów, ale teoretycznie zdaje się pełnić funkcje pomocnicze. Ich losy są ze sobą splecione w nierozerwalny, ale i nie do końca klarowny węzeł. Z jakiegoś powodu podejmowane przez tą czwórkę decyzje prowadzą ich wszystkich w jednym kierunku i ku jednemu przeznaczeniu. Diagram wygląda następująco: Tom czuje coś do Molly, Molly kocha Toma, garbus kocha Molly, co pozostaje bez znaczenia i wzajemności, ten czwarty kocha pieniądze, ale i tutaj braknie wzajemności. Układ jakże życiowy, w liceum nie takie rzeczy się nam przytrafiają (ja zwykle grałem rolę garbusa…). Rzecz w tym, że u progu wojny takie romanse mają znikome szanse powodzenia. Los, strategia wojenna, widzimisię dowódców oraz sprzeczne priorytety – to tylko kilka pozycji z listy przeciwności, które niczym porywiste wiatry wysmagają plany naszych bohaterów. Gwoli ścisłości, sama wojna zdaje się mieć szczególnie niewielkie znaczenie na bieg wydarzeń, ot, taki tam pokaz fajerwerków w tle!

Za rysunki w komiksie odpowiada Milo Manara, który w El Gaucho daje wspaniały popis swoich umiejętności. Z wielką troską zajął się detalami. Niesamowitą przyjemność sprawiło mi oglądanie strojów, ze szczególnym uwzględnieniem mundurów. Szczegóły są zakotwiczone historycznie i można je, zapewne, potraktować encyklopedycznie, w każdym razie mój poziom wiedzy zdaje się potwierdzać szacunek autora wobec faktografii. Nie mniej ważne, może nawet ważniejsze, są detale anatomiczne… oczywiście brakuje tutaj rozkładówek dla studentów medycyny, jednak nie sposób ująć kresce Manary błyskotliwego rozeznania charakterystyki ludzkiego ciała. Jako mężczyzna z krwi i piwa ze szczególną atencją poddałem wnikliwym, całkowicie naukowym badaniom rysunki przedstawiające płeć piękną. Nie mam wątpliwości, bo wszystko sprawdziłem pięć razy: jest wspaniale! Żarty żartami (jaaaasne!), ale Manara naprawdę wie jak narysować kobietę. Wszystkie krzywizny i subtelności – co akurat piszę bez ironii – zostały oddane tak jak powinny. Co ciekawe, we wszystkim tym nie brakuje realizmu, który zachacza nawet o naturalizm. Myślę, że właśnie ożenienie tych kilku potencjalnych sprzeczności – tylko potencjalnych! – czyni El Gaucho tak przyjemnym w odbiorze komiksem. Mogę przy tym podkreślić, że nic tutaj nie zniesmaczy odbiorców płci pięknej (wife tested!). A na dokładkę wspomnę jeszcze, symbolicznie, o wspaniałych scenach tańca… pełnych zarówno żywej, kobiecej seksualności, jak i zwyczajnie świetnych warsztatowo, wręcz bezbłędnych. Czy warstwa graficzna El Gaucho w ogóle ma jakieś słabe punkty? Może dwa: wolałbym ten komiks w mocniejszej kolorystyce, ta jest mocno sprana, jakby zmęczona południowoamerykańskim słońcem – widywałem i doceniałem subtelne, bardziej nawet pastelowe koloryzacje, ale w tej się nie zakochałem. Widać też, że El Gaucho ma już swoje lata, gdyż dzisiaj byłby jednak narysowany ciut inaczej, nawet jeśli uwzględnimy wszystkie wcześniejsze pochwały dla Manary. Być może jednak sprowadza się to do koloryzacji właśnie – w tej kwestii nie mam sprecyzowanego zdania.

Daleko poważniejszą niż niuanse graficzno-kolorystncze słabością El Gaucho jest scenariusz. Znany z prac nad Corto Maltese Hugo Pratt niezbyt się przyłożył do swojej części dzieła. Scenariusz ma wprawdzie niezły potencjał, zresztą sam fakt, że jest ulokowany w takim a nie innym punkcie historii i w takim a nie innym miejscu na świecie zdaje się działać mocno na jego korzyść. Jak często mamy możliwość spojrzeć na wydarzenia dziejące się na drugiej półkuli? I jak wielu czytelników w Europie słyszało o Argentynie w innym kontekście niż tango, Copacabana i Diego Maradona? Zapewne Ci lepiej zorientowani mogliby jeszcze przypomnieć sobie wojnę o Falklandy, Evitę Peron, pampasy oraz argentyńskie steki z mocno cenionych ras Kobe i Angus. Dobrze, że możemy poznać, chociażby tak symbolicznie, kolejny ciekawy epizod historii tego interesującego państwa. Przy czym, niestety, słowo „symbolicznie” jest tutaj kluczem, bo Pratt nie zdecydował się na mocniejsze posiłkowanie się artylerią historyczną. To, samo w sobie, nie jest złe. Wszak opowieść kameralna, a taką jest El Gaucho, też ma prawo się podobać, pod warunkiem, że jest mocno skupiona na ciekawie zarysowanych postaciach, które unoszą tekst na swoich barkach.

No i tutaj dobrnęliśmy do ostatecznego zarzutu: El Gaucho jest kameralną historią, której treścią są losy trójki (ewentualnie trójki i pół) bohaterów, ale nasi protagoniści są nam podani na talerzu, w gotowym daniu typu fast food. Ani nie mamy czasu nauczyć się ich samych, ani nie mamy czasu ich polubić. Los tej trójki jest nam więc w sumie obojętny. Szkoda, bo mogło być naprawdę pięknie. Ta historia powinna być dłuższa o jakieś 20-30 stron, pod warunkiem że byłyby wykorzystane na lepsze naszkicowanie postaci (w sensie scenariuszowym) i pogłębienie interakcji pomiędzy nimi. Pratt i Manara zmarnowali potencjał swojego dzieła, gasząc kocioł kiedy ten zaczynał się dopiero nagrzewać, serwując skróty narracyjne i przechodząc do porządku dziennego nad rozpływaniem się całych wątków. Przykładem, nie jedynym, ale dość charakterystycznym jest olanie postaci garbusa z piękną twarzą – po co tworzyć taką, jakże perspektywiczną, postać, skoro daje się jej znacznie mniej akcji niż na to zasługuje? A jest to niewykluczone, że najciekawsza osoba tego dramatu, no, powiedzmy że tuż obok ślicznej irlandzkiej nierządnicy… jednak w tym drugim temacie możliwe, że nie jestem obiektywny.

Mam zgryz. Po pierwszym kontakcie z Manarą nie wyrobiłem sobie jeszcze zdania. El Gaucho mnie ani nie zniechęcił, ani nie zachęcił. Mimo wszystko oczekiwałem, że będzie to bardziej komiks dla dorosłych, a mniej komiks dla facetów. W praktyce nie jest to ani komiks dla facetów, ani dla dorosłych. Zamotałem? Okay, już wyjaśniam: wątki erotyczne, aczkolwiek bardzo smakowicie podane, są przyprawą w tym daniu, na swój sposób wartościową (jakość rysunku, kadry), ale nie dość mocną, by nadać charakteru całemu daniu, gdyż to co doprawiają jest mdłe i nijakie. Z drugiej strony komiks nie okazał się do końca pretekstowy: o ile bowiem Manara wykorzystuje każdą sposobność, by ukazać ładną pierś czy to coś między nogami, czego nazwy postanowiłem już nie wymieniać, by ukoić purystów, tak nie miałem wrażenia, że chodzi wyłącznie o to. Innymi słowy droga, którą bohaterowie przebywają z punktu A do punktu B jest zaskakująco długa i zajmuje sporo czasu ekranowego. Cóż, do Manary jeszcze wrócimy, a El Gaucho polecam jako lekki i przyjemny w lekturze komiks, pozbawiony jednak grubszej fabuły, o głębszej treści nie wspominając.

Ciekawostkowo: gaucho to po hiszpańsku mieszkaniec Pampasów, czyli argentyńskich równin, zajmujący się wypasaniem bydła. Taki kowboj, ale pochodzący z południa Ameryki Południowej. O ile jednak cowboy, którego kojarzymy gremialnie z północno-amerykańskim Dzikim Zachodem, bywa traktowany przez samych Jankesów z pewnym przymróżeniem oka, tak Argentyńczycy są raczej dumni z tego obszaru własnego dziedzictwa kulturowego. Zresztą, tak po prawdzie, wypas bydła stanowi nadal ważną część argentyńskiej gospodarki. Tytuł odnosi się do innego znaczenia tego słowa, mianowicie do kogoś pozbawionego domu.

Metka:

  • Tytuł: El Gaucho
  • Wydawca PL: Egmont
  • Ilustrator: Milo Manara
  • Scenariusz: Hugo Pratt
  • W skrócie: smaczna erotyka w pięknych rysunkach, tylko czemu ci bohaterowie tacy banalni?

2 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s