„Toshiro” – steam-samuraj made in Poland

Mam wrażenie, że przyszło nam żyć w czasach, które dałoby się określić mianem Era Wszystko Już Było. A skoro wszystko już było, to aby podać odbiorcy coś ciekawego, jedyną możliwością pozostaje branie z rozmaitych półek, wrzucanie do worka, staranne blendowanie i oferowanie efektu owego melanżu. I taka właśnie koktajlizacja kultury jest doskonale widoczna w niemal wszystkich jej odmianach. Kultura współczesna rządzi się meta kontekstami, wewnętrznymi odniesieniami i cross-overami, trochę w myśl zasady, że wprawdzie nic nowego nie wymyślamy, ale przynajmniej serwujemy to hurtowo. Jak to jednak w praktyce wychodzi? Raz lepiej, raz gorzej. A czasami bardzo ciekawie. Przykładem opowieści, która zdaje się być patchworkiem kilku bardzo nośnych acz wytartych motywów, a która niewiele wymyśla na nowo, za to ograne wątki prezentuje w bardzo klimatyczny i intrygujący sposób jest Toshiro. Toshiro to cross-over przez wielkie „c”, mamy bowiem w nim cybernetycznego samuraja w stylu steam-punk i hordy zombie, kosmiczne siły i alternatywną historię la Belle Époque. A wszystko na sterydach i opryskane hemoglobiną!

Okładka komiksu. Źródło: Kultura Gniewu

Akcja dzieje się w dziewiętnastowiecznym Manchesterze, na który spada plaga zombie. Miasto zostaje otoczone kordonem, do akcji wkracza wojsko, które jednak dostarcza nowych zombie, aczkolwiek konwencjonalne siły zbrojne nie są zupełnie bez szans, zwłaszcza że oprócz napędzanych parą czołgów (!) armia dysponuje także wyjechanymi w kosmos komandosami! Koniec końców, cały ten bałagan uprzątnąć musi tytułowy Toshiro, który jest mechanicznym samurajem, napędzanym zaawansowanym modułem parowym. Toshiro jest przy tym czymś więcej niż automatem, czy nawet sztuczną inteligencją. Właściwie to można go z powodzeniem określić mianem samoświadomego bytu. Jego niemalże ludzki umysł, w połączeniu z trudnym do zniszczenia ciałem może stanowić odpowiedź na bieżące zapotrzebowanie (I need a hero…). A problem jest z gatunku nielekkich, gdyż cała afera zahacza o kilku kolesi z kosmosu, którzy na Ziemi toczą swoją nieczystą wojnę i którzy mają swoje własne plany do zrealizowania. Gdzieś pośrodku, czyli pomiędzy wrogami a sojusznikami, plasuje się Bob Żywe Srebro, twardy mężczyzna, z wieloma umiejętnościami i własnym zestawem tajemnic, który tymczasem wspiera Toshiro w nierównej walce z nie do końca zdefiniowanym przeciwnikiem.


Toshiro i Bob Żywe Srebro. Źródło: Kultura Gniewu

Za rysunki w Toshiro – ale i za pomysł na cały komiks, jeśli wierzyć informacjom ze wstępu – odpowiada polski rysownik Janusz Pawlak. Scenariusz – a właściwie jego dopracowanie – to już obszar, który wziął na siebie Jai Nitz. Pomysł i ogólna koncepcja są autorstwa Pawlaka. To dość ciekawy układ, który w tym konkretnym przypadku się całkiem nieźle sprawdził.

Szata graficzna komiksu jest wystarczająco unikalna, by poświęcić jej nieco więcej uwagi. Kreska Pawlaka wpada w oko – jest tutaj wprawdzie sporo różnego rodzaju kanciastości i surowości, lecz wszystko to dobrze koresponduje z klimatem opowieści i jest wewnętrznie spójne. Twarze są dość wyraziste, aczkolwiek w tym zakresie nie przyznałbym kompletu punktów: w wielu kadrach konwergencja niewielkich rozmiarów poszczególnych rysunków, gęstego mroku w nich zalegającego i grubo ciosanych facjat powoduje, że miewamy wątpliwości, kogo widzimy. W innych okolicznościach ten zarzut mógłby położyć na łopatki cały komiks, tu jednak stanowi zaledwie drugorzędny mankament. Celowo lub nie, Pawlak umknął spod topora, stosując szereg sprytnych rozwiązań. Głównych bohaterów (i antybohaterów) jest ledwo kilku, a każdy jest na tyle charakterystycznie wystylizowany, że nie potrzebujemy wyróżniać go na podstawie rysów twarzy. Tytułowy Toshiro nie ma zresztą twarzy jako takiej, ale metalową maskę. Tam gdzie pojawiają się liczniejsze postaci mamy do czynienia albo z żołnierzami – wyróżniającymi się mundurami, a w przypadku komandosów także charakterystycznymi maskami – albo zombiakami. Tym ostatnim źle patrzy z oczu. Dosłownie: z oczu emanuje im specyficzna poświata.

Wyjątkowo kolorowe kadry jak na Toshiro. Źródło: Kultura Gniewu

Wspomniałem o mroku – tę uwagę można potraktować dosłownie, gdyż niemal wszystkie wydarzenia przedstawione w komiksie mają miejsce w nocy, przy bardzo skąpym oświetleniu. Temu klimatowi odpowiada koloryzacja – monochromatyczna lub niemal monochromatyczna, oparta głównie na złamanych szarościach i czerniach, sporadycznie przebijania pojedynczymi eksplozjami żywych barw (najczęściej czerwienią mundurów czy fioletową poświatą quasi-magii). O ile miałem co do tego rozwiązania pewne zastrzeżenia na początku lektury, tak pod jej koniec byłem już jego fanem. Koloryzacja i rysunek świetnie współgrają, tworząc zrąb gęstego, przekonującego klimatu, którym stoi ta opowieść. Nie zaszkodzi wspomnieć także o świetle, gdyż Pawlak chętnie operując w ciemnościach i półmroku, równie chętnie rzuca na swoje postaci ostre światło, które wprawdzie nie rozprasza nocy, ale za to dodatkowo uwydatnia moc kreski. Jakkolwiek dziwnie taka uwaga brzmi w odniesieniu do komiksu, który nie jest fotorealistyczny, to gotów jestem określić tę manierę mianem fotograficznej. Przy drugim przejrzeniu komiksu – czyli już po lekturze jako takiej – poświęciłem dodatkową uwagę właśnie na takie niuanse i byłem szczerze uradowany. Nie jest to może poziom Alberto Brecci, ale umówmy się: niewielu jest w stanie dorównać urugwajsko-argentyńskiemu rysownikowi. Liczy się, że Pawlak proponując stosunkowo prostą formę swojego dzieła, zdecydował się ją wzbogacić o szereg rozwiązań przynoszących chlubę zarówno jego umiejętnościom obserwacji świata, jak i jego odtworzenia na kartach omawianego dzieła.

Ostro jest. Źródło: Kultura Gniewu

Scenariusz także daje radę. Jest to poniekąd dość kameralna opowieść, dałoby się ją wpasować w ramy klasycznego dramatu, wiecie, tego z trzema jednościami: czasu, miejsca i akcji. Wszystko, co ma znaczenie, dzieje się w ciągu jednej nocy, scenerią wydarzeń jest miasto, a i sama akcja zdąża w jedną stronę. Trudno tutaj mówić o wątkach pobocznych – jeśli takowe się pojawiają, to są one po prostu dodatkowymi wspornikami, podpierającymi główny pień opowieści. Toshiro ma pewne cechy survival-horroru, jednak autorzy nie zdecydowali się pójść w tę stronę, więc bliżej mu po prostu do thrillera niż do klasycznej zombie-story. Zapewne nie bez znaczenia jest tutaj fakt, że główny bohater to automat, którego trudno skrzywdzić, więc w pewnym sensie zombie są tutaj na straconej pozycji, a jedyna ich przewaga to liczebność. W rzeczy samej to nie oni są przeciwnikiem, ale tajemniczy ktoś, kto stoi za tymi wszystkimi wydarzeniami. Kto i dlaczego zaatakował Manchester? Komu zależy na rozpętaniu wojny? Komu potrzebne są hordy zombie (nawiasem mówiąc, po lekturze miałem drobne reminescencje z Wszystkimi zdolnymi do noszenia broni Łazarczuka)? Komiks dostarcza satysfakcjonującej odpowiedzi na te pytania, aczkolwiek przyznaję, że gdzieś tam, bliżej finału, pojawiło się poczucie delikatnego rozczarowania. Chyba oczekiwałem czegoś więcej. Obiektywnie nie ma powodów do narzekania, ale subiektywnie ponarzekać zawsze warto, prawda? Domykając ten akapit, napomknę jeszcze, że mocną stroną Toshiro są dialogi – zostały nieźle pomyślane i poprawnie rozpisane. Jak na komiks, to relatywnie spore znaczenie ma tutaj właśnie to, czego dowiadujemy się z dialogów, co dla mnie jest na plus.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, zombie będzie. Źródło: Kultura Gniewu

Komiks został przygotowany profesjonalnie i jest ładnie wydany, aczkolwiek nie podoba mi się decyzja o jego druku na czarnych stronach. Poszczególne kadry są na tyle mroczne i ciemne, że dodatkowe wypełnienie obszaru pomiędzy nimi czernią jest już ukłonem w stronę ekstremum. W dodatku nie jest to praktyczne: czytanie tego komiksu przy świetle innym niż dzienne to droga przez mękę, a nawet przy dziennym świetle czasami nie widać granic kadrów, w efekcie czego niektóre rysunki się ze sobą zlewają i trzeba poświęcić chwilę uwagi, by dojść do tego, czy obserwujemy jeden kadr z paroma jaśniejszymi obszarami, czy są to dwa osobne kadry. Nie jest to jedyny taki przypadek na rynku, o ile mnie pamięć nie myli np. któryś z Punisherów Max był podobnie zaprezentowany (i nie tylko on), ale mam wrażenie, że każdorazowo taką decyzję podejmuje osoba, która w pierwszej kolejności uważa się za marketingowca czy po prostu wydawcę, a dopiero w drugiej lub trzeciej jako czytelnika. Nie zmienia to faktu, że wydanie jako takie jest naprawdę efektowne. Po prostu wolałbym ciut mniej efektowności w tej skali, ale za to więcej światła na kartach.

Metka:

  • Tytuł: Toshiro
  • Wydawca PL: Kultura Gniewu (oryginalnie wydane przez Dark Horse)
  • Ilustrator: Janusz Pawlak
  • Scenariusz: Jai Nitz
  • W skrócie: mroczny steam-punk z kosmitami i zombie

2 Comments

  1. Skoro oryginalnie komiks wydał Dark Horse, to nie powinieneś się czepiać tej czerni ;P
    A tak na serio: Dzięki za kolejną wciągającą i wyczerpującą recenzję 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s