„Funky Koval. Wydanie kolekcjonerskie” – Polak (niemalże) potrafi

Cudze chwalicie, a swojego nie znacie – grzmią wyrzuty sumienia, nie wnikajmy czyje. Coś jest na rzeczy, bowiem faktycznie – zwłaszcza w temacie komiksu – krajowe dokonania rysunkowe nie wysuwają się na pierwsze miejsce ulubionych pozycji, a jeśli już, to najczęściej z adnotacją „pokochano sentymentalnie”. Ewentualnie „dobre bo polskie i dalej nie wnikać”. Funky Koval to tytuł, na którym wychowało się mrowie polskich wielbicieli komiksów, aczkolwiek nie piszący te słowa, gdyż on Funky Kovala nie poznał w czasach swojej wspaniałej, przeszczęśliwej młodości. Co się nie udało wtedy, zostało jednakowoż nadrobione teraz, w czasach mniej szczęśliwych i jakby starszych. Jako jeden z niewielu (?) mogę powiedzieć, że mojej oceny Funky Kovala nie zabarwia sentyment i urocze wspomnienia. Trochę szkoda, gdyż gdybym dorwał dzieło tria Parowski & Polch & Rodek ćwierć wieku temu, pozycja ta uczyniłaby moje ówczesne życie jeszcze bardziej szczęśliwym i wspaniałym. Funky Koval w latach osiemdziesiątych musiał być dla polskiego odbiorcy niczym wizyta czarnych okrętów Matthew Perry’ego w dziewiętnastowiecznej Japonii. Czym natomiast może być dla współczesnego czytelnika, to już zupełnie inna para futurystycznych kaloszy.

Pozwolę sobie nie odnosić się do wartości historycznej komiksu, ani do budzonych przezeń sentymentów, gdyż w obu przypadkach musiałbym zdawać relację z drugiej lub trzeciej ręki. Do mnie Funky trafił z polecenia, ale i z zaznaczeniem, że „kiedyś to było coś”. Czy Funky nadal jest wielką firmą w świecie komiksu? Po lekturze wydania kolekcjonerskiego, w którym zebrano wszystkie oryginalne opowieści plus jedną nową, mam mieszane odczucia. W porównaniu z taką na przykład Ekspedycją nowsza powieść Polcha robi dość konkretne wrażenie. Jest mniej naiwna, bardziej spójna i ma w sobie to coś, czego – moim zdaniem – brakło Bogom z kosmosu (czyli całkiem sporo). Niemniej jednak, choć Funky Koval zasługuje na miano dzieła bez mała epickiego, to jak na tak ambitną produkcję jest po prostu niedopracowany, zwłaszcza na poziomie narracyjnym. Z lektury się cieszę, jednak nie sądzę, bym kiedyś do tego komiksu powrócił, jeśli już to do pojedynczych cząstek, lub dla czystej przyjemności podziwiania wybranych kadrów, bo te nadal robią wrażenie, mimo delikatnej woni myszki.

Bogusław Polch odwalił kawał świetnej roboty, widać to nawet teraz, po paru dekadach. W jego rysunki wpada się dosłownie od razu, od pierwszej stronicy. „Świetną robotę” rozbić można na wiele elementów składowych. Bardzo fajnie narysowane są postaci ludzkie i twarze, wiele w tym różnorodności i charakteru. Na ten aspekt nakłada się drugi obszar, jakim jest moda: poczynając na fryzurach i brodach, a kończąc na ubraniach. Fashion przyszłości wg Polcha bazuje na rozwiązaniach historycznych, które są mocno ekstrapolowane przy założeniu, że moda będzie odważniejsza i bardziej eklektyczna. Nie da się ukryć, że Polch miał w tej kwestii rację, nawet jeśli nie zapowiada się, byśmy zaczęli się ubierać jak Funky i jego towarzysze. Idźmy dalej – pojazdy, zarówno te małe, jak i wielkie, ze szczególnym uwzględnieniem okrętów kosmicznych, czyli to co science-tygryski lubią najbardziej. Tutaj również mamy zaliczoną bazę – rozwiązania stosowane przez autora zmieniają się na przestrzeni komiksu, co ułatwia dodatkowo jego periodyzację, ale większość z nich spokojnie daje radę u progu trzeciej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Jestem pewien, że dzisiaj byłoby to narysowane inaczej, bo jednak ciągła ewolucja postrzegania pewnych rozwiązań konstrukcyjnych siłą rzeczy musiała nas doprowadzić do zupełnie innych wniosków niż te, o których śnił Polch, ale wizualia w Funky Kovalu nie gryzą się z dzisiejszymi oczekiwaniami, raczej stanowią dla nich ciekawą alternatywę. Reasumując, ta płaszczyzna komiksu zestarzała się akceptowalnie, czy wręcz pomijalnie. To nadal świetnie narysowana opowieść!

A co z fabułą? Funky Koval to niezłej klasy opowieść akcji w klimatach science-fiction. Nasz główny bohater, tytułowy Koval, wbrew swemu nazwisku nie ma nic wspólnego z metalurgią. Jest całkiem sympatycznym awanturnikiem, a konkretnie kosmicznym detektywem. Jego pierwsze zadanie doprowadza go zarazem do Agencji Univers, dla której będzie od tej pory pracował, wpychając się coraz głębiej w kosmiczne bagno. Warto tutaj nadmienić, że oryginalnie Koval miał być serią luźno połączonych opowieści – spojonych przede wszystkim postacią naszego herosa. Ostatecznie jednak twórcy postawili na dużą historię, która niczym lawina spadająca z K2 nakręca się ze strony na stronę, by na koniec stać się pełnowymiarowym thrillerem z akcentami political fiction czy conspiracy thriller. Sam Koval to taki trochę James Bond – gość z milionem pomysłów, wbudowaną siłą plutonu piechoty i hollywoodzkim uśmiechem, tudzież modną fryzurą. Jeśli przeczytacie gdzieś sentymentalne wyznanie, że „każdy chciał być Funky Kovalem”, to macie prawo w to uwierzyć, bowiem ten gość uosabia to wszystko, o czym marzy każdy facet, przynajmniej na pewnym etapie swojego życia. Czy trzeba dodawać, że Koval nie pozostaje obojętny na uroki płci piękniejszej, ale i same niewiasty mają skłonność ulegania jego samczemu powabowi? Na tej konkretnej płaszczyźnie Koval nieco ustępuje słynnemu 007, który wprawdzie w każdym odcinku miał zazwyczaj tylko dwie kobiety, to summa summarum, zaliczył ich co najmniej tyle, ile powinien zaliczyć kobiet każdy zdrowy facet w swoich myślach. Koval jest bardziej konserwatywny. Ilość podbojów: półtora. Z czego jeden całkiem długofalowy, w osobie Brendy, koleżanki z pracy, której twarzy użyczyła druga żona Polcha. Ta sama, która udzieliła licencji na urodę ślicznej Ais z Ekspedycji.

Funky Koval tętni akcją i w większości przypadków jest to akcja nieźle nakręcona, z odpowiednią dawką stosownych zawijasów i mniej lub bardziej dramatycznych wydarzeń. No, akurat z dramaturgią bym nie przesadzał, kaliber tego wszystkiego jest mimo wszystko dość niewielki, czego akurat nie poczytuję za wadę komiksu. Tak miało po prostu być i to jest w porządku. Odrobinę brakowałoby mi czegoś, co pozwoliłoby się lepiej przywiązać do Kovala, ale i w tym zakresie nie chcę być niesprawiedliwy: do Jamesa Bonda też nie sposób się przywiązać. To typ gości, których można podziwiać – jak się ma szesnaście lat – lub można im po prostu zazdrościć urody i powodzenia u kobiet – jak się ma lat więcej – ale raczej nie ma sensu poszukiwanie wspólnoty dusz czy serc z tymi killerami. I raczej nie stanowi – ani jeden, ani drugi – wartościowego alter ego dla dojrzałego, otrzaskanego czytelnika. Pomińmy jednak te dygresje i po prostu podkreślmy, że akcja jako taka jest wystarczająco dynamiczna. Funkiego czyta się szybko, a w wielu momentach wręcz trudno się oderwać.

No dobrze. Mamy tutaj co najmniej fajne rysunki i wciągającą, dynamiczną akcję, na dodatek jeszcze śliczną twarz żony Polcha, galerię ciekawych strojów i zniewalający uśmiech samego Kovala – to mocny zestaw mocnych stron, a jednak… jest co najmniej kilka powodów, dla których Funky Koval nie stanie na półce z pozycjami ulubionymi i szczególnie cenionymi. Podstawowym według mnie problemem jest narracja, po której widać, że cała opowieść była odcinkowana. O ile jednak nie mogę się zżymać na logiczne podziały pomiędzy poszczególnymi rozdziałami, to nie raz i nie dwa zdarzało mi się, że czytałem wypowiedź któregoś z bohaterów, która totalnie nijak się miała do wcześniejszej ramki. Dosłownie z kadru na kadr zdarzają się kuriozalne przeskoki, w dodatku totalnie niezgodne z dynamiką opowieści. Tak jakby autorzy zrobili sobie parę tygodni przerwy, a do pisania scenariusza wrócili nie sprawdzając, co już stworzyli wcześniej. Warto też zapytać, gdzie jest i gdzie była redakcja? Naprawdę anything goes? Niestety, ale Funky Koval jest kolejnym argumentem na tezę, że Polacy nie lubią się przykładać do scenariuszy, a jeszcze mniej lubią mozolnie szlifować gotowe już dzieło, gdyż podobny zestaw zastrzeżeń pasuje do większej ilości komiksów made in Poland. Jeszcze coś. Nie do końca odpowiada mi ewolucja kreski, zauważalna już w trzecim tomie, ale oczywiście szczególnie widoczna w części czwartej. Część czwarta, notabene, jest dość powszechnie krytykowana jako najsłabsze ogniwo komiksu i jest to bezsprzecznie prawda. Stworzona po bodaj dwudziestu latach przerwy zdaje się „aktualizować” Funkiego do współczesności, z jej internetami i new age‚ami, jednak czyni to dość zdawkowo i mało trafnie. Właściwie to jest po prostu mętna i męcząca. Zarazem poważnie zmienia rejestr głównej opowieści – to już nie jest Funky Koval, to jest coś innego. Być może gdyby tom czwarty powstał jako zupełnie nowa historia, niesklejona na siłą z universum Kovala, miałaby większą rację bytu. W obecnym kształcie wygląda to po prostu na świadectwo pogubienia się twórców we własnych pomysłach. Trochę tak, jakby z Jamesa Bonda uczynić mistrza Jogurta, na widok pięknej i seksownej kobiety szepczącego „moc jest w niej silna”, a Blofelda pokonującego poprzez własną dezintegrację. Da się? Da. Ale po co?

Metka:

  • Tytuł: Funky Koval. Wydanie kolekcjonerskie, 2014
  • Wydawca PL: Prószyński Media
  • Ilustrator: Bogusław Polch
  • Scenariusz: Maciej Parowski, Jacek Rodek
  • W skrócie: warto mieć dla uśmiechu Kovala i twarzy Brendy

1 Comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s