„Deadly Class. 1987. Reagan Youth” – z dużej chmury średni deszcz

Na Deadly Class natrafiłem, przeglądając zestawienia najlepszych komiksów wydanych w Polsce w 2019 roku. I to parokrotnie. Pomyślałem, że warto czasami postawić na pewniaka. Wycinki z zagranicznych recenzji, dumnie wydrukowane na ostatniej stronie okładki upewniły mnie, że trafiłem na czyste złoto i do lektury zasiadłem przekonany, że trzymam w ręku coś naprawdę mocnego i wartościowego. A jakie są moje wrażenia po? Najlepiej je streszcza tytuł niniejszej recenzji: z dużej chmury średni deszcz. Deadly Class to dzieło wybijające się ponad przeciętność, jednak nieco rozczarowujące i niespełniające złożonych (czasami przez osoby trzecie) obietnic, czyli po prostu przereklamowane. Nadal jednak jest to pozycja co najmniej interesująca i warta uwagi. Spróbujmy zatem usystematyzować wzajemnie wykluczające się oczekiwania i wnioski.

Zanim przejdziemy do konkretnych konkretów pozwolę sobie popastwić się nad tytułem. Po właściwej stronie oceanu komiks pojawił się – między innymi – jako Deadly Class. Vol 1. Polski wydawca, NonStopComics, postawił na maksymalny wariant, w dodatku na wskroś anglosaski: Deadly Class. 1987. Reagan Youth. Miałem szczerą nadzieję, że lektura komiksu wyjaśni mi ową ekwilibrystykę tytularną, jednak tak się nie stało. Tytuł stanowi zmyłkę i raczej nie wplata się w opowieść. Reagan Youth to nazwa amerykańskiej kapeli znanej z ciągot anarchistycznych. I owszem, wątki anarchistyczne w Deadly Class występują (synchronizują się z politycznym coming outem autora we wstępie), nie są jednak kanwą opowieści, a i sygnalizowana nienawiść bohatera do Reagana jest, oględnie mówiąc, naciągana – to na wypadek, gdybyśmy jednak upatrywali sensu w literalnym odczytaniu tytułu. A najbardziej w tym wszystkim brakuje mi apostrofu po słowie „Reagan„, bo mam oldskulowe wrażenie, że brzmieć to powinno „Reagan’s Youth„. Lecz mogę się mylić.

No i dobrze. Przebrnęliśmy przez tytuł, za co należy nam się kilka słów o fabule. Nasz bohater to młody nikaraguańczyk, Marcus Lopez Arguello (dalej, po prostu Marcus). Jego rodzina uciekła przed mafijną zemstą do Stanów Zjednocznych, po to, by zginąć w unikalny, jednak głupi sposób. Marcus został sierotą i wylądował w psychiatryku, jednak jak się wkrótce dowiadujemy, w wyniku cięć budżetowych zarządzonych przez Reagana, wyleciał z niego na ulicę. I tam właśnie Marcus wiedzie swoje życie. Do czasu, aż zainteresował się nim przestępczy syndykat, a raczej tajna szkoła, „wychowująca” dzieci największych przestępców świata. Szkoła owa, całkiem dosłownie, jest instytucją podziemną, a młodzież do niej uczęszczająca to z pewnością nie są potencjalni zwycięzcy castingu na najfajniejszego kumpla z osiedla. Kształceni w mordowaniu, ale i doświadczeni nienawiścią wyniesioną z domów, stanowić będą nową rodzinę Marcusa. O ile ten podoła trudom edukacji, rzecz jasna… I nie ukatrupią go wykładowcy.

Volume 1 czyli nasze tajemnicze Regan Youth to wydanie zbiorcze zawierające sześć pierwszych zeszytów cyklu, opublikowanych w USA w roku 2014 roku. Seria ma, póki co, aż 44 zeszyty, zmieszczone w dziewięciu zbiorczych zestawach. W Polsce NonStopComics dzielnie nadrabia zaległości, dzięki czemu możemy już nabyć czwarty zbiorek. Tyle w kwestii statystyki. Jest to o tyle istotne, że jak widać opowieść jest zakrojona na szeroką skalę. I niestety, ale pierwszy tomik nie za wiele nam o tym projekcie mówi. A jeśli mówi, to raczej szeptem i mało spójnie. Pozostaje mieć nadzieję, że to co w Reagan Youth boli, wynika po prostu z faktu, że jest to jakiś wstęp do cyklu, w którym autorzy próbują nam parę rzeczy zarysować, ale bez stosownego rozwinięcia nie mają one potencjału. Przyznam szczerze, że parę razy byłem bliski odbicia się od tej opowieści. Na początku jest po prostu nudna, potem nieprzekonująca, a wreszcie zakręcona jak amerykańskie świderki. Ostatecznie się nie odbiłem – przeczytałem całość, momentami nawet z konkretnym zainteresowaniem, co jednak nie wyleczyło mnie z bólu rozczarowania w finale.

A całe to rozczarowanie, przynajmniej dla mnie, wiąże się ze scenariuszem. Reagan Youth jest w sumie o niczym. Niby stanowi wstęp, ale niekonsekwentny, narracyjnie rwany i niedający wszystkich odpowiedzi na pytania, które już powinny uzyskać odpowiedź. Co więcej, pomijając retrospekcje i gmeranie w historii, sama bieżąca część fabuły jest nieco pretekstowa i naciągana. Niczym niewierny Tomasz nie widziałem w tym wszystkim szalonych perspektyw i teraz mam wyrzuty sumienia. Bo a nuż zapeszyłem? Sama szkoła jest ciut niuejdżowa, trochę zaś przypomina samą siebie z hollywoodzkiej komedii, ale koniec końców mamy po prostu wariację w stylu: Harry Potter wersja adult. No, właściwie to young adult. Zamiast zajęć z czarnej magii mamy lekcje dekapitacji. Zamiast amuletów trucizny. Ale, w przeciwieństwie do Harry’ego, szkoła Kings Dominion w Reagan Youth ma w zasadzie drugorzędne znaczenie, nie jest nawet przyzwoitym tłem. Mam nadzieję, że w dalszych tomach także ten aspekt ulegnie poprawie. Póki co Rick Remender ma u mnie minusa na pół kartki.

Scenariusz nie jest mocną stroną komiksu, ale ma swoje dobre strony. Do gustu przypadły mi postaci – są wprawdzie na tyle różnorodne, że aż w owej różnorodności przerysowane, jednak trzeba przyznać, że dysponują dość wyraźnymi rysami psychologicznymi. Co ciekawe, mają też warstwy. Jak cebule i ogry. Twardziel może okazać się mięczakiem, a mięczak jeszcze większym mięczakiem. No i mamy twardziela, który okaże się twardzielem. Jakkolwiek głupio to brzmi, jest to interesujący melanż charakterów. Chciałoby się powiedzieć, że są z krwi i kości, choć tutaj może to być wieloznaczne, bo w niektórych przypadkach ową krew możemy fizycznie zobaczyć. W każdym razie dają radę, a kilka konkretnych ścieżek rozwojowych zasługuje na szczególną uwagę. Nieco wbrew sobie polubiłem kilka osób z tej luźnej zbieraniny psychopatów i dewiantów.

Tym co totalnie ratuje Deadly Class jest grafika. Zostawiłem to na koniec, bo to jest obszar, do którego niemal nie mogę się doczepić. Wes Craig odwalił kawał świetnej roboty i to na wielu poziomach. Chwaliłem charakterystykę postaci, to pochwalę ich szkice, bo rysunki postaci to mocny fundament tego komiksu. Są wyraziste, odpowiednio unikalne i zwyczajnie ciekawe. Dwie niewiasty, które stanowią w pewnym sensie dwa bieguny obserwowanej przez nas grupy, są prawdziwymi perełkami: Craig wykreował je zabójczo piękne, ale w niepokojący, nieco złowieszczy sposób, nie przekraczając przy tym granicy właściwej młodym, niedoświadczonym jeszcze dziewczynom. Galeria postaci męskich ustępuje im jedynie nieznacznie. Sam Marcus ma coś w sobie, co powoduje, że zwracamy na niego uwagę i rozumiemy, czemu zwracają na niego uwagę inni. Mimika twarzy bohaterów momentami przywodzi na myśl konotacje mangowe, lecz jest to dalekie nawiązanie, wplecione gdzieś w rdzeń rysunku.

Craig skorzystał w sumie z kilku technik, a w zależności od rejestru wydarzeń jego kreska oscyluje od wyrazistej i dosłownej po rozchwianą i odjechaną (co ma uzasadnienie fabularne). Niektóre z kadrów przywodzą na myśl stare komiksy, inne rodzą skojarzenia z grami komputerowymi. Niesamowicie podoba mi się sposób, w jaki Craig oddaje ruch postaci – czy to przy uproszczonych rysunkach, czy tych bardziej realistycznych. Jest w tym moc! Na osobną uwagę zasługuje okładka – mocna, szalenie wyrazista, wyczarowana w czerni i bieli. Bardzo szkoda, że na podobne rozwiązanie autorzy nie zdecydowali się już w samym komiksie, choć kilka pojedynczych takich kadrów da się znaleźć. I choć nie mam nic do koloryzacji, a nawet powiedziałbym, że jest bardzo w punkt, to wiele bym dał, aby przeczytać ten komiks jeszcze raz w takiej właśnie postaci: czarno-biały, mniej dopowiedziany, utkany gęstym mrokiem i ostrym światłem. Ale cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. A kreskę Craiga zdecydowanie lubię, więc płakać nie będę.

Czy sięgnę po kolejne odsłony serii? Tego jeszcze nie wiem, ale nie wykluczam. Raczej nie priorytetowo, poczekam, popatrzę, zrozumiem więcej.

Metka:

  • Tytuł: Deadly Class. 1987. Reagan Youth.
  • Wydawca PL: NonStopComics
  • Ilustrator: Wes Craig
  • Scenariusz: Rick Remender
  • W skrócie: gdyby Harry Potter był hitmanem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s