„Providence” – Alan Moore prawie jak Alan Moore

Alan Moore w świecie komiksu to nie tylko nazwisko. To instytucja. Okay, można go nie lubić, nawet nie uwielbiać poszczególnych jego dzieł, jednak trudno zaprzeczyć, że facet ma mocną głowę do scenariuszy i potrafi je czynić. Zwykle udaje mu się osiągnąć to, co dla większości twórców komiksowych pozostaje poza zasięgiem, tzn. zapewnić obrazkom naprawdę wartościową, spójną opowieść w tle. Taki właśnie był Neonomicon, świetny graficznie, ale i hipnotyzujący fabularnie, czemu nie przeszkadzał fakt, iż historia była zawieszona w świecie spod znaku C’thulu. Providence to kontynuacja luźnego cyklu, będąca jednak prequelem wydarzeń opisanych w Neonomiconie. Kolejny raz zatem możemy się zanurzyć w lepkich wizjach inspirowanych kontrolowanym szaleństwem Lovecrafta… I tyle. Co się zanurzymy to nasze, ale Providence zdaje się być komiksem nieco mniejszego formatu niż Neonomicon, w paru obszarach zaś w ogóle niezbyt udanym. A w każdym razie technicznie niespójnym.

Źródło: Egmont.pl

Zacznijmy od fabuły. Cofamy się o wiele lat do tyłu, a konkretnie do roku 1919 czyli tuż po zakończeniu Wielkiej Wojny. Bohaterem komiksu jest Robert Black, którego poznajemy jako dziennikarza pracującego w Heraldzie. Brak ciekawszych wyzwań oraz osobista tragedia – śmierć kochanka/kochanki (niepotrzebne skreślić) – wymusza na Robercie porzucenie kariery i poświęcenie się pisarstwu. Korzystając ze sposobności, rusza intrygującym tropem: zamierza poznać prawdę o pewnej powieści, której lektura okazała się śmiertelna dla wielu czytelników. Pierwsze kroki prowadzą go do Salem. Tam poznaje specyficznych ludzi, w których piwnicach dzieją się zdecydowanie bardziej specyficzne rzeczy. A potem, w tytułowym Providence, zrobi się jeszcze dziwniej.

Providence składa się z czterech zeszytów, oryginalnie opublikowanych w postaci zbiorczej w roku 2016, a w postaci indywidualnych wydań w latach 2015-2016. Wydanie zbiorcze jest bardzo estetyczne, w dodatku zaopatrzone jest w sztywną okładkę. Dobrej jakości papier, dobry wydruk – w zasadzie same standardowe sprawy, pod względem wydawniczym zastrzeżeń brak. Aczkolwiek… pewien niuans jednak tutaj jest, wrócimy do niego później.

Zacznę od tego, co mi się w Providence spodobało. Przede wszystkim grafika – bardzo czytelna, ale i niepozbawiona licznych, interesujących detali, dobrze pokolorowana. Rysunki stanowią mocną stronę komiksu od pierwszych stron – tam gdzie trzeba, nadają klimat lub po prostu dobrze ilustrują, co się dzieje. Dzieło Jacena Burrowsa przypomina Neonomicon, co jednak zauważamy mimochodem i bez rozwodzenia się nad tym faktem – to nie przypadek, wszak Burrows ilustrował także wcześniejszą opowieść Moore’a. Gdybym miał wskazać na to, który z komiksów podoba mi się bardziej pod względem wizualnym to zapewne doceniłbym Neonomicon, jednak obie pozycje są naprawdę dobre i dostarczają coś, co można by nazwać wysokim standardem współczesnej powieści graficznej.

Sama koncepcja cofnięcia się w czasie jest świetna, choć skłamałbym, gdybym napisał, że doskonale wyważone dzieło, jakim jest Neonomicon, potrzebowało dodatkowych eksplanacji. Mimo wszystko, fajnie że Moore dopisał taki wstęp. Providence to właściwie wstęp do wstępu, gdyż w tym tomiku otrzymujemy zaledwie jedną trzecią całej opowieści. Z drugiej strony, jest to aż jedna trzecia, czyli możemy założyć, że jest to reprezentatywna cząstka całości. Scenariusz jest w ogólnym zarysie bardzo udany, a prowadzenie intrygi niemalże mistrzowskie. Moore tak potrafi: umiejętnie podbijać nastrój, prowadzić czytelnika od czystej, banalnej normalności w same głębiny szaleństwa, a podróż owa przebiega tak płynnie, że właściwie sami nie wiemy, kiedy wpadliśmy w odmęty absurdu. Pod tym względem w Providence wszystko gra. Niemal wszystko.

Komiks ma bowiem kilka słabości. Zaskakującym niuansem jest bardzo powtarzalna struktura fabuły. W czterech zeszytach – poza pierwszym, który stanowi wstęp, mamy w gruncie rzeczy cyklicznie nawracające układy wydarzeń. Bohater gdzieś jedzie, z kimś się spotyka, czegoś nie zauważa i tak od nowa. Notabene, naiwność Roberta też zasługuje na uwagę. Czytając komiks, miałem wrażenie, że oglądam stare kreskówki Disney’a – wiecie, te w których mały ptaszek siedzi w klatce z prętami o rozstawie tak wielkim, że orzeł by przez nie przeleciał, ale nasz ptak nie może, bo scenariusz mu zabrania, więc tylko szarpie za kraty w bezsilnej złości. Poniekąd podobnie zachowuje się bohater Providence – niby jest inteligentnym, dociekliwym dziennikarzem, człowiekiem o otwartych horyzontach i sporej wiedzy, a w praktyce zachowuje się jak ktoś o bardzo ciasnym światopoglądzie i jeszcze bardziej wątpliwej spostrzegawczości. Wszystko, co usłyszy próbuje tłumaczyć według określonego, do bólu banalnego wzorca, choć właściwie nie ma ku temu podstaw, z kolei totalnie nie dostrzega oczywistej prawdy i zupełnie nie potrafi wysnuć jakichkolwiek spójnych wniosków z tego, co słyszy (dodajmy do tego, że wiele postaci zdaje się prowadzić z nim dość otwartą grę i czy to celowo, czy przez przypadek, co i rusz przemycają do swoich wypowiedzi pewne alarmujące wyrażenia). Niezbyt dobrze to o nim świadczy, niestety. Ale i poniekąd obniża ocenę całemu komiksowi – zdecydowanie nie na takiego Moore’a czekałem. Ta zapętlona w powtarzających się schematach fabularnych naiwność odbiera wiele radości z lektury. Momentami czułem się jakbym oglądał jakiś serial z lat dziewięćdziesiątych – jeden z tych, w których wszyscy poza głównym bohaterem od drugiej minuty wiedzą co i jak, ale ten potrzebuje półtorej godziny, by z mozołem dodać dwa do dwóch.

Drugim poważnym problemem – chyba nawet poważniejszym – jest dziwna konstrukcja całego komiksu. O ile część właściwa, tzn. sam komiks jest zupełnie normalna i bardzo prawidłowa, tak pozostałe elementy struktury już niekoniecznie. Każdy zeszyt kończy się rekapitularzem, czyli fragmentem pamiętnika Roberta. Z rekapitularza owego dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy. Głównie zaś tych, o których czytaliśmy chwilę wcześniej w komiksie. Są nam one powtórzone raz jeszcze, na wypadek gdybyśmy nie dawali sobie rady z ekstrakcją treści z tak trudnego dla odbiorcy dzieła, jakim jest komiks. Co gorsza, niektóre rozwiązania fabularne z komiksu są nam nie tylko podane drugi raz, ale i rozbudowane o totalnie zbędną łopatologię. Teraz drobny spojler: zakończenie czwartego zeszytu, a przynajmniej części komiksowej, to stylowy cliff hanger – właśnie czegoś takiego oczekiwałbym po opowieści, która ma ciąg dalszy i która stara się zaciekawić na tyle, by czytelnik po ów ciąg dalszy sięgnął. A później następuje rekapitularz, który oprócz powtórzenia tego, co już widzieliśmy, dostarcza nam… dodatkowego zakończenia. Zakończenia, które pomija cliff hanger i doprowadza historię do punktu tak nieznaczącego, że aż genialnego w swoim banale. Gdyby autorem scenariusza był Jan Fąfara, który w ten sposób próbowałby zaistnieć w światku komiksowym, to dałoby się to zrozumieć, choć stawiam żołędzie przeciw orzechom, że zostałby zmieszany z błotem i stosownie zniechęcony do dalszych prób. Alan Moore, weteran komiksu i twórca z topu, z jakichś powodów dekonstruuje to, co w jego komiksie najlepsze – czy możliwe, że czyni to nieświadomie?

Problem z rekapitularzami jest też taki, że spuszczają powietrze z balonu. Jeśli komiks nas zainteresował, wczuliśmy się w jego doskonały klimat, to czytając rekapitularz zaczynamy ziewać i poczucie klimatu nas opuszcza. Zysk? Żaden, dowiadujemy się zbędnych detali, które i tak niewiele lub nic wnoszą do historii (redundancja fabularna). Same rekapitularze nie są także objawieniem w sensie literackim, napisane są na przeciętnym poziomie i są raczej nudne. Ciekawym dodatkiem może być fragment gazetki z pewnej parafii – bardzo zabawny, stylistycznie interesujący i nawet przewrotnie pasujący do cokolwiek mrocznego Providence. Ale i bez tego „bonusu” byśmy się obyli, gdyby Moore zdecydował się utrzymać komiks w regulaminowej formie. Koniec końców mam problem – o ile sama opowieść mnie zaciekawiła i bardzo chętnie bym ją dociągnął do finału, to z wielkim bólem serca i gorzkim rozczarowaniem raczej nie planuję polować na następne tomy. Pewnie kiedyś wpadną w rękę, może przy okazji, może przez przypadek. Ja zaś skupię się na nieznanych mi jeszcze, wcześniejszych dziełach Moora.

Metka:

  • Tytuł: Providence T.1
  • Wydawca PL: Egmont
  • Ilustrator: Jacen Burrows
  • Scenariusz: Alan Moore
  • W skrócie: C’thulu w klimatach rybnych

2 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s