„Harleen” – czyli od psychiatry do psychopaty

Wielbiciele komiksów dzielą się podobno na trzy plemiona: Marvelowców, tych z logiem DC na chorągwiach oraz… resztę świata. Przyznaję, że ja zawsze identyfikowałem się z tą trzecią grupą, choć i Marvela, i DC ogólnie kojarzę, a nawet wybiórczo lubię. Zapewne, gdyby kręciły mnie przygody superbohaterów, superzłoczyńców, superpojazdów i innych dziwolągów, to swoje zainteresowania kierowałbym właśnie ku DC lub Marvelowi, aczkolwiek – jak już wiemy – to nie jest ten przypadek. Zdarzają się komiksy, dla których jednak robię chętnie wyjątek. Mam, na przykład, słabość do Punishera, który po prawdzie, mimo całej tej kuloodporności i nadludzkiej zdolności przeżywania każdej jatki pozostaje całkiem normalnym kolesiem, nie jakimś tam mutantem czy innym cudakiem, potrafiącym pić lawę (ze słodzikiem), rozumieć bełkot polityków, przenikać wzrokiem mury i staniki, a nawet nie musieć chodzić do fryzjera (sic!). Z pewnym wahaniem i nieśmiało sięgnąłem po Harleen sygnowaną logiem DC Black Label. Świat ponurego Nietoperka nigdy nie należał do moich ulubionych, choć nieodmiennie doceniam potencjał tych nieco depresyjnych, pesymistycznych opowieści. Harleen nie była zupełnie strzałem w ciemno – o zasadności zainteresowania „ostrą laską” przekonał mnie uprzednio Suicide Squad (Legion Samobójców) – film ten daleki wprawdzie od ideału, okazał się zaskakująco przyjemnym seansem z gatunku guilty pleasure, a nasza niegrzeczna dziewczynka, czyli Harleen, była kluczową w nim postacią i w pojedynkę wyciągnęła go z błota (na które zasłużył scenariuszowo). Czemu zatem nie dać jej kolejnej szansy, tym razem za pośrednictwem komiksu?

Herleen to dzieło Stjepana Šejica, który dostarczył nie tylko grafikę, ale i scenariusz, jest więc za efekt odpowiedzialny podwójnie.

Rzućmy okiem na fabułę. Z rzeczy więcej niż oczywistych: nie Nietoperek, ale właśnie tytułowa Harleen jest czołową postacią w tej opowieści. Rzecz, całkiem klasycznie, dzieje się w mrocznym Gotham, ale siłą rzeczy wydarzenia obserwujemy z niekonwencjonalnej perspektywy. Nasza protagonistka, doktor Quinzel jest świeżo upieczoną psychiatrką (wyprzedzam kanony politycznej poprawności, ale jak najbardziej zdaję sobie sprawę z przejściowego nieistnienia tego wyrazu w języku polskim… jaka szkoda, prawda?), która właśnie zaczyna bardzo obiecującą karierę naukową. Quinzel opracowała koncepcję, która być może okaże się zdatna do uzdrawiania najbardziej nawet zatwardziałych złoczyńców – poprzez uzdrowienie rozumiemy tutaj ponowne ich przyjęcie do tej lepszej i nudniejszej części społeczeństwa. Aby to się stało możliwe, konieczne są dalsze badania. Losy późniejszej Harleen szybko zostają wplecione w odwieczny konflikt Batmana i Jokera. Pierwszy z nich, co prawda bez maski, czyli występujący jako Bruce Wayne, udziela hojnego grantu badawczego, dzięki któremu Quinzel trafia do Azylu Arkham. I tutaj niespodzianka: kto jeszcze przebywa w Arkham? Tak, zgadliście: sam Joker. Od tej pory nie ma już szans, aby nie wydarzyło się nieuniknione. Z drugiej strony, czy czegoś innego można oczekiwać po originie znanej postaci? Harleen to nic innego jak prequel czegoś, co wszyscy dobrze znamy.

W trójkącie Harleen – Joker – Batman, to Batman jest tym trzecim. Większość wydarzeń rozgrywa się pomiędzy Harleen a Jokerem. Ich relacje przechodzą różne stadia, od pierwszego przerażenia, poprzez pierwsze zauroczenie, aż po pierwszy raz (spojler? Chyba jednak nie). Ściany Azylu tworzą spokojną scenografię, która nie tyle chroni Gotham przed zakusami tutejszych pensjonariuszy (by wymienić Poison Ivy czy Killer Crocka, o samym Jokerze nie wspominając), ile zdaje się kreować bezpieczny, zawieszony w próżni bąbel czasoprzestrzeni, w którym ma czas dojrzeć kuriozalna miłość psychopaty i psychiatry. Joker i Harleen przyciągają się jak przystało na osoby skrajnie od siebie różne, jednak autor komiksu pokusił się o pewne dookreślenie obu postaci, dzięki którym zauważalne stają się także łączące ich mosty i portale. Nie do końca wiemy, czy bieg wydarzeń jest efektem cynicznej manipulacji bezwzględnego Jokera, czy przypadkiem autentycznej fascynacji. Pamiętajmy, że Kora śpiewała kiedyś „nie pytaj za co cię kocham, bo kocha się za nic” i to jest poniekąd ten przypadek. Coś z niczego, ale na szczęście ugruntowane scenariuszowo, umotywowane, narracyjnie uzasadnione. Eventy interpersonalne to mocna strona tego komiksu i z pewnością docenią ten element wielbiciele psychologicznej nadbudowy. Nie twierdzę, oczywiście, że to poziom powieści psychologicznej rodem ze Skandynawii, lecz i tak jest to coś, co wyraźnie podnosi wartość całości.

Zostańmy jeszcze na chwilę przy postaciach. Joker Stjepena to taki Apollo o undergoundowej urodzie i zniewalającym uśmiechu; buntownik bez powodu, geniusz zła i wspaniały manipulator, doskonale czytający w ludzkich umysłach i jak mało kto potrafiący przestawiać w nich rozmaite dźwignie. Umysł Jokera jest zwykle doceniany – przynajmniej w komiksach czy filmach, gdyż to jest ten rodzaj antybohatera, którego mocą jest sprawnie działający mózg, oczywiście z uwzględnieniem faktu, że trudno tu mówić o jakiejkolwiek nerdowości. Autor Harleen poszedł krok dalej i przedstawił nam Jokera jako człowieka z krwi i kości, atrakcyjnego fizycznie, może nawet zniewalającego swoim szczególnym, seksualnym czarem samca alfa. Czy jednak nie jest to tylko złudne wrażenie, które poznajemy przez filtr innego umysłu, należącego do coraz bardziej zagubionej Quinzel? Przyszła Harleen, dla odmiany, zaprezentowana jest jako szara myszka: kobieta atrakcyjna, zapewne nawet powabna, ale mocno „pozapinana”, zamaskowana, nieświadoma własnej urody, czy wręcz ją tłumiąca. Wcześniejsze romanse, które zdają się ją ścigać, niewiele tutaj zmieniają – Quinzel nie jest przebojową, silną kobietą, aczkolwiek nie jest też zupełnie bezradną i bezsilną białogłową. To „utknięcie” pomiędzy dwiema skrajnościami stanowi istotny rys jej jako bohaterki i nieźle wplata się w całą opowieść, stanowiąc punkt wyjścia do oczekiwanej transformacji.

Dość o personach. Pora na parę słów o stronie graficznej. Harleen to komiks… piękny. Šejic zaserwował nam naprawdę przepięknie narysowane dzieło. Wszystko tutaj jest w punkt, oczywiście przy założeniu, że o odbiorze decydują nasze gusty. Bez trudu kupuję jego dandysowatego Jokera, przekonuje mnie pokryta szarością uroda Quinzel, podobają mi się jej oniryczne eskapady, mrok Arkham i sprawne operowanie cieniami czy czerniami, służące podkreślaniu izolacji pewnych miejsc czy scen. Doceniam kompozycję kadrów. W skrócie: uwag krytycznych brak. Harleen nie tylko dobrze się czyta, ale i wspaniale się ogląda. Nie bez znaczenia jest też kolorystyka i jakkolwiek dziwnie to brzmi, to zaskakująco dobrze sprawdzają się wprowadzone do komiksu pastelowe róże (w sensie kolorów, nie kwiatów), trafnie podkreślające, tam gdzie trzeba, kobiece rozterki naszej bohaterki. Róż, notabene, zdaje się być lubianym przez autora Sunstone kolorem.

Do lektury Harleen zachęcam. O ile nie chcę się wypowiadać w kwestii wartościowania tego komiksu w kontekście batmanoversum, tak z lekkim sercem mogę określić dzieło Šejica jako jeden z lepszych komiksów, jakie czytałem. A jego treść stanowi ciekawy materiał porównawczy z innymi originami – aż się prosi, by zderzyć Harleen z Zabójczym żartem Alana Moora. Co właściwie należałoby potraktować jako plan działania.

Metka:

  • Tytuł: Harleen
  • Wydawca PL: Egmont, 2020
  • Ilustrator: Stjepan Šejic
  • Scenariusz: Stjepan Šejic
  • W skrócie: miłość, szaleństwo i Gotham

3 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s