„Saga o Potworze z Bagien” – stary, dobry Moore

Saga o Potworze z Bagien to tytuł mający już swoje lata na karku. Właściwie to ma ich niemalże pięćdziesiąt! 220 zeszytów serii zapoczątkowanej przez Lena Weina i Berniego Wrightsona wpisało się na trwałe w krajobraz świata komiksu, ale niewykluczone, że największy jednoosobowy wkład w to dzieło wielu autorów miał znany nam wszystkim Alan Moore. Anglik pisał scenariusze do tego cyklu w latach 1983 – 1986 (zastąpił Martina Pasko, który z kolei zaangażował się w przygodę z telewizją) i to właśnie jego pomysły nie tylko zrewolucjonizowały samego Potwora, ale i uczyniły z niego pozycję bez mała kultową. Czy dzisiaj, prawie pięć dekad odkąd Len i Bernie wymyślili swojego żywiołaka i niemal cztery dekady odkąd do cyklu dotknął się Alan Moore, Saga o Potworze z Bagien może być czymś więcej niż tylko gablotową ciekawostką z cyklu „jak to – nomen omen – drzewiej w komiksach bywało”?

Odpowiedź jest… złożona.

Zacznijmy od tego, co sprawiło mi największy problem: od grafiki. Saga o Potworze z Bagien niestety, ale mocno zestarzała się w sferze wizualnej. Kreska jest dość lakoniczna, strasznie brakuje mi głębszych szczegółów czy nieco lepszej gry światłem i cieniem. Do tego dochodzi kolorystyka – bardzo intensywna, chętnie wpadająca w niemalże monochromatyczne rozwiązania oparte na żółciach, niebieskościach, czerwieniach i – najczęściej, co jest logiczne – zieleniach. Tak właśnie kojarzą mi się bardzo stare komiksy, co oczywiście samo w sobie nie jest złe. Czasami to kupuję, czasami się odbijam. W tym przypadku ani nie kupiłem, ani się nie odbiłem – kreska mi po prostu przeszkadzała przez większość lektury i przy wielu scenach aż kręciłem głową, że kadr nie został przedstawiony inaczej, lecz nie odrzuciła na tyle, by koleś z bagna w tempie przyśpieszonym trafił na półeczkę. Za rysunki odpowiadają Stephen Bisette i John Totleben – ich koncepcja polega na wejściu w „płynne”, fantasmagoryczne obszary grafiki, oczywiście kosztem szeroko rozumianego realizmu. Traktując Sagę jako przykład sztuki wizualnej doceniam wiele z zastosowanych rozwiązań, najbardziej jednak te ramki, w których rysownicy pokusili się o doprecyzowanie kreski i gdzie mniej „odlecieli”. O ile bowiem czasami Saga zyskiwała dzięki odklejeniu jej od rzeczywistości, to najbliższa mi bywała tam, gdzie z twarzy postaci mogłem odczytywać emocje, a same postaci w mniejszym stopniu widziałem jako bryły i kształty, a bardziej jako ludzi, czy ewentualnie post-ludzi. Notabene Saga jest bardzo niejednorodna – charakter rysunku zmienia się parokrotnie i na przestrzeni tego jednego tomu bez trudu dostrzeżemy iście rewolucyjne różnice pomiędzy poszczególnymi historiami. Osobiście wolałbym, aby większa część Sagi wyglądała tak jak Święto wiosny, w której nawet Potwór w całej swojej zielonowatości stał się po prostu „kimś”.

Grafika grafiką, a co z treścią? Skoro za tomikiem stoi sam Alan Moore to należałoby przypuszczać, że ten aspekt dzieła będzie stał na co najmniej bardzo wysokim poziomie. Mówiąc krótko: jest dobrze. Jest zarazem… różnie. Podobnie jak to było z wizualiami, także scenariusz poziomem oscyluje w dość szerokich widełkach. Niektóre z opowieści są po prostu niezłe, inne mają znacząco wyższy potencjał i siłę oddziaływania. Wydaje mi się, że im dalej w las, pardon: bagno, tym lepiej. Stąd też, szablonowy, dość typowy dla zwykłego, wręcz banalnego komiksu start przechodzi w coś, co ma określony charakter, a nawet ciężar gatunkowy.

W tym miejscu warto wspomnieć, że Moore postanowił przekształcić postać Potwora – czyniąc z niego bardziej potworowego potwora niż był do tej pory, zarazem po definitywnej jego dehumanizacji, nadając mu cech głęboko ludzkich i typowo ludzkiej wrażliwości. Zaraz, zaraz… że niby ludzie są wrażliwi? Ach, w komiksach owszem, bywają, więc wszystko się zgadza. Ten nowy-stary Potwór to już nie Alec Holland zmutowany do zielonej i liściastej formy (notabene jakże wygodnym kiedyś rozwiązaniem były wszelkiego sortu mutacje, prawda?), ale zupełnie nowa istota, której charakteru nie sposób objaśnić, nie wdając się w spojlery. Ta konwersja nie została dokonana jednym zdaniem – stała się faktem w dwóch pierwszych opowieściach, a samą rewolucję Moore przeprowadził w świetle jupiterów, co oznacza, że nowe postrzeganie zostało w stosowny sposób introdukowane do opowieści, stając się jej częścią. I tutaj Moore’a należy pochwalić: miał nie tylko dobry pomysł, ale i sprawnie go przeprowadził.

Nie chcę wdawać się w detaliczne oceny poszczególnych części, aczkolwiek mogę skrótowo opisać, które urzekły mnie najbardziej, a które najmniej. Bez niespodzianek – Niedomknięte sprawy to tylko przejściówka, opowieść może i mająca znaczenia dla fabuły, ale nie wyobrażam sobie poświęcać jej uwagę kolejny raz. Lekcja anatomii porządkuje i definiuje nowy format całości, coś w każdym razie wnosi. W bagnie to taki trochę spin-off, a może po prostu wstęp do Innego zielonego świata, który kontynuowany w Korzeniach zdaje się być umiarkowanie udaną, zamkniętą historią poboczną. Gdy rozum śpi zapoczątkowuje pierwszą naprawdę ciekawą miniserię w tym tomie. Jest to opowieść bardzo specyficzna, momentami chaotyczna, jednak w finale nabiera ciężaru gatunkowego i jakże potrzebnej spójności. Broni się jako całość.

Druga część tomu zaczyna się z nieco wyższego pułapu – wszak nie trzeba domykać starych spraw, prawda? I od razu jest co najmniej ciekawie. Pogrzeb to jedna z lepszych historii, dojrzała graficznie i przekonująca. Następna pozycja to miniseria zapoczątkowana cząstką Miłość i śmierć. I tutaj też jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. To dość natchniona opowieść, mająca wprawdzie słabe momenty, lecz koniec końców robiąca mocne wrażenie. Gdybym miał się do czegoś doczepić, to do pewnej amerykanizacji piekła – z jakiegoś powodów twórcy uznali, że fajnie jest, kiedy jakaś piekielna postać ma nie tylko trykot, ale i literkę na klacie (czy też w okolicach) wyraźnie sygnalizującą, z kim mamy do czynienia. Cóż, to chyba nie wymaga komentarza, prawda? Brakowało tylko samego Najgorszego paradującego w czarnym lateksie z różowym S na kroczu, bo i czemu by nie? Następny w kolejności Pog to spuszczenie powietrza z balonika – historyjka raczej zabawna niż poważna, aczkolwiek wbrew pozorom wcale niepozbawiona przekazu – może co najwyżej minimalnie zbyt naiwnie go prezentująca, choć przyjemna w lekturze. Opuszczone domy, dla odmiany, to powrót do definicji i redefinicji naszego Potwora, aczkolwiek tym razem koncepcja jest ujęta w dość szczególny sposób i chociażby dlatego ma pełne prawo się podobać. W ten sposób doszliśmy do ostatniej cząstki – Święta wiosny, które należy do moich ulubionych pod względem graficznym. Sama treść… cóż, myślę, że nie warto zdradzać szczegółów, jednak też daje radę.

Saga o Potworze z Bagien nie jest dziełem wybitnym, niestety, ale koniec końców to tylko opowieść o przerośniętej roślinie, prawda? A że roślina owa zdaje się być wystarczająco ludzka, a nawet że nie jest nam obojętna, to tylko świadczy na korzyść. Fabuła jest ogólnie okay, a na osobne wyróżnienie zasługuje warsztat literacki Moore’a. Niektóre z tekstów zdają się być wprawdzie zawieszone niebezpiecznie blisko granicy grafomanii, ale przecież tejże granicy nie przekraczają (szturchają ją patykiem). Zatem wszystko się zgadza.

Tak „antyczne” pozycje jak Saga o Potworze z Bagien zawsze są nieco problematyczne, jeśli je oceniać wyłącznie przez pryzmat wizualny – nie zapominajmy, że nie tylko grafika w grach komputerowych czy hollywoodzkich blockbusterach uległa drastycznym przeobrażeniom. Zmiany dotknęły także takiego medium, jakim jest komiks – wiążą się one z jednej strony z ukształtowaniem się rozbudowanego rynku czytelników, także bardziej wymagających i świadomych, z drugiej zaś z introdukcją nowych technologii czy to do procesu tworzenia, czy to do samego druku. Saga to oczywiście nie jedyna pozycja kłopotliwa w odbiorze – dość wspomnieć na przykład V jak Vendetta, którego treść i fabuła nadal urzekają, jednak sam komiks wymaga bardzo ostrożnego (i wybaczającego) podejścia do lektury. Oczywiście komiks to nie tylko grafika, ale i treść. Ta część lepiej zniosła upływ czasu – nadal ma swój ciężar gatunkowy, nadal się może podobać. Koniec końców uważam, że Saga o Potworze z Bagien to pozycja niezła, ale raczej ciekawostka niż komiks, który zapewni sutą rozrywkę.

Metka:

  • Tytuł: Saga o Potworze z Bagien
  • Wydawca PL: Egmont
  • Ilustrator: Stephen Bisette & John Totleben
  • Scenariusz: Alan Moore
  • W skrócie: zielony horror

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s