„Hellblazer” – Hell-Ennis

Garth Ennis wymieniony na okładce dowolnego komiksu jest zachętą do kupna lepszą niż dwudziestoprocentowy rabat. Autor, którego kojarzę głównie z Punisherem – a którego to Punishera nieodmiennie przyjemnie mi się czyta – jest twórcą, któremu warto zaufać, bo wie, co czyni. Koleś ma rękę do ciekawych fabuł i potrafi poruszać się w różnych gatunkach. I tak, o ile Punisher był… hmm… po prostu Punisherem, czyli czymś pomiędzy thrillerem a akcyjniakiem, tak Hellblazer to wyprawa w obszar horroru. Ale taki z naleciałościami i raczej nie czystej krwi. Kiedy Ennis wziął na wokandę Johna Constantine’a, postać ta istniała już od pewnego czasu i była dobrze rozpoznawalna, a nawet ceniona. Dzięki Ennisowi mogła szansę trafić do szerszego, a może także bardziej wymagającego grona odbiorców.

Na początek drobne doprecyzowanie. Choć bowiem na okładce widnieje informacja, że jest to tom pierwszy, to w gruncie rzeczy jest to zarówno tom pierwszy… jak i trzeci. Pierwszy tom Hellblazera by Ennis i trzeci tom Hellblazera w ogóle. Zeszyty od numeru 1 do 40 – z wyłączeniem # 25, 26 i 27 – stworzył Jamie Delano. Trzy „brakujące” części napisali Grant Morrison (25 i 26) oraz Neil Gaiman. Sam komiks był wydawany pod kilkoma wariantami tytularnymi: Hellblazer, Constantine czy John Constantine: Hellblazer (to skrócona lista, ale i tak wyczerpująca).

Fabularnie, ennisowski Hellblazer nie odstaje w ogólnych zarysach od idei całej serii. John Constantine to cyniczny twardziel, gość, który z wrodzoną łatwością zawsze i wszędzie robi sobie wrogów, a walcząc z zastępami piekielnymi, nie omieszka pokazać środkowego palca Niebu i jego szefowi. Constantine to jednoosobowa armia, siła, z którą liczyć musi się sam Pan Piekieł, ale Constantine to także koleś, który nie wygra w konkursie na najbardziej poszukiwanego sojusznika ever. Ennis ma doświadczenie z takimi osobnikami, by tylko wspomnieć – ponownie – Johna Castle’a, który poruszał się na tej samej cienkiej linie, czyniąc wiele dla ludzi, ale słabo zjednując sobie przyjaciół. W tej kategorii Constantine jest klasą samą w sobie. Wróćmy jednak do meritum. Komiks zaczyna się od wysokiego „c”, niemal od razu wrzucając nas w głęboką wodę, taką z rekinami i w ogóle, a potem jest równie ciekawie. No, przynajmniej przez jakiś czas. Nie wdając się w spojlery, Hellblazer to udane połączenie wątków z Przekrętu i porządnego horroru, a historia oferuje nam zarówno cwane podstępy, jak i porządną, brutalną jatkę. Do wyboru, do koloru. Aczkolwiek z tym kolorem to jest głównie czerwono.

Słabszą stroną komiksu jest grafika. Większą część (w praktyce: niemal całość) komiksu narysował Will Simpson, w tym całą Śmiertelną zależność czyli opowieść inicjującą „rządy” Ennisa. Co ciekawe, sam Simpson zdecydował się podejść do tematu dość eklektycznie, parokrotnie zmieniając styl kreski, za którym podążyła odmienna kolorystyka i takiż klimat. Pozostali rysownicy – Steve Dillon i David Lloyd – pozostali wierni tej tradycji i nie próbowali utrzymać totalnej spójności graficznej. W efekcie Hellblazer ma swój styl, lecz jest to styl bardzo szeroko zarysowany i na podstawie tego tomu trudno byłoby określić, jak John Constatnine powinien wyglądać. Notabene: moim zdaniem powinien wyglądać inaczej. Nie jestem fanem pomysłu, wedle którego pogromca piekieł otrzymał twarz Stinga, więc w pewnym sensie wygląd protagonisty jest już pierwszym subiektywnym „nie”. Bardziej jednak niż twarz Stinga przeszkadzała mi koloryzacja i nie dość precyzyjna kreska – nie twierdzę, że Hellblazer został narysowany niestarannie, jednak z jakiegoś powodu uznano, że w większości przypadków jego twarz może być po prostu maską. Szkoda.

Pewne elementy fabularne z niniejszego tomu zostały wykorzystane w ekranizacji filmowej z Keanu Reevesem – tłem kinematograficznej opowieści stały się dość luźno użyte wątki z zeszytów 41-46,czyli ze Śmiertelnej zależności. Film uniknął wtopy, która była mu zapewne pisana, jako że pierwszym odtwórcą głównej roli miał być Nicolas Cage, z kolei Keanu zagrał Johna swoim standardowym repertuarem środków, co w efekcie oczywiście uniemożliwiło nam ujrzenie kogoś udającego Stinga. Cóż, było blisko.

Wracając do samego komiksu – jest to niezłe czytadło, z fajnie ułożoną fabułą, wystarczająco zaciekawiające, by chcieć przeczytać cały tomik w miarę szybko. Jest to też jednak komiks niewykorzystanych szans. Mam wrażenie, że klimat gdzieś się po drodze rozmył. Po bardzo dobrej pierwszej części kolejne były lepsze lub gorsze, aczkolwiek choć wszystkie trzymały poziom i żadna nie była zła, to zarazem żadna nie była wybitna czy choćby fascynująca. Brakło czegoś mocniejszego. Przy okazji lektury przypomniałem sobie wycieczkę Potwora z Bagien do piekła i pomyślałem, że zielone coś w pewnych tematach patyczkowało się mniej niż zawodowy pogromca mocy nadprzyrodzonych czyli John Constatnine.

Metka:

  • Tytuł: Hellblazer
  • Wydawca PL: Egmont
  • Ilustrator: David Lloyd, Steve Dillon, William Simpson
  • Scenariusz: Garth Ennis
  • W skrócie: jest dobrze, ale mogło być lepiej

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s