„Ghost World” i „Wilson” – taki tam nihilizm

Daniela Clowesa nie trzeba przedstawiać. A może jednak trzeba? Ja go jeszcze miesiąc temu nie znałem. Jak już poznałem, to podwójnie czy też dubeltowo, a to za sprawą dwóch jego komiksów: Ghost World i Wilsona. W tym wpisie omówię oba – łącznie, gdyż lenistwo rządzi, ale i chyba poniekąd troszkę obie te pozycje mi się zlały w jedno. Nie twierdzę, że są bardzo podobne czy tym bardziej takie same, raczej z uwagi na fakt przeczytania ich jednej po drugiej, moje wnioski polekturowe się nieco zblendowały. Zresztą, mamy takie czasy, że znowu trzeba wszystko oszczędzać, zatem oszczędźmy odrobinę przestrzeni wirtualnej i uzdrówmy świat!

Źródło: Kultura Gniewu

Z tych dwóch pozycji to Ghost World ukazał się wcześniej i ugruntował sławę Daniela Clowesa. Opierając się wyłącznie na krótkich, blurbowych streszczeniach nie znalazłbym w sobie samozaparcia, by ów komiks przeczytać. Rzecz jest o dwóch młodych dziewczynach u progu dorosłości – od razu widać, że nie mój target. W sensie młode dziewczyny jak najbardziej są moim targetem, jednak niekoniecznie ich życiowe problemy, lęki i schizy, wręcz powiedziałbym, że zwykle ograniczam się do czystej urody, wyekstrahowanej już z tych wszystkich zbędnych, brzydkich rzeczy. Ghost World stoi właśnie tymi brzydkimi rzeczami. Perspektywa poznawcza jest taka, że jest ich dużo i tworzą stosik, zza którego nie widać nic ładnego i seksualnie jednoznacznego!

Źródło: Kultura Gniewu

Co ciekawe… jest to jednak ciekawe. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, problemy delikatnie rąbniętych nastolatek mogą być interesującą lekturą także dla całkowicie dorosłego faceta, a nawet zdrowego psychicznie. Dodam przy tej okazji, że komiks był testowany na żonie, która jak na kobietę przystało jest nadal bardzo młoda, no i jest kobietą – bezpieczne będzie zatem założenie, że wyrażane tutaj opinie są naszymi wspólnymi opiniami, a przynajmniej jedynym słusznym ich uśrednieniem. Ale, ale… przejdźmy do rzeczy. Jakie mogą mieć problemy młode dziewczyny? Według Clowesa lista nie jest długa: to co wokół seksu i ogólny wk**w. Kto nie był zbuntowanym nastolatkiem, niech pierwszy rzuci Nokię, a nasze komiksowe dziewoje są bardzo nastoletnie w tym właśnie zakresie, przy czym jednak wk**w definiuje je bardziej niż kwestie seksualne (kwestia płci, co powszechnie wiadomo). Dziewczęta są ogólnie odundane na cały świat, każdy napotkany człowiek to idiota lub zboczeniec, a lawinowa i masowa krytyka wszystkiego i wszystkich stanowi substytut posiadania koncepcji na własne życie, bowiem niezależnie od przekonania o własnej wyjątkowości, nasze bohaterki po prostu płyną z prądem (choć zgodnie z pokoleniową modą zwą ów prąd tajemniczo, mianowicie „pod prąd”). To zdanie jest poniekąd spojlerem, ale tylko poniekąd – nie zepsuję nikomu lektury wskazując, że właśnie o to chodzi: nie o przygody w fabularnym tego słowa znaczeniu, nie o odkrywanie prawd o kosmosie, lecz właśnie o swego rodzaju roztrząsanie młodzieńczego i życiowego nihilizmu.

Źródło: Kultura Gniewu

Clowes ma talent w ręku i głowie. To do jakich nas prowadzi wniosków – nie będą mega odkrywcze, co już wiemy – to jedno, ale osobną wartość stanowi, jak nas do nich prowadzi. Interesująca jest relacja pomiędzy dwiema dziewczynami (notabene, są to Rebeka i Enid, czyżbym zapomniał je przedstawić?): mocna, bardzo głęboka, ale o zadziwiająco elastycznej strukturze, w dodatku cokolwiek ażurowej. Z jednej strony dziewczyny nie mogą bez siebie żyć, z drugiej potrafią podjąć najważniejsze życiowe decyzje z biegu, bez konsultacji, a tytanowe kajdany spajające ich układ potrafią opaść swobodnie i bez hałasu. Obszary ich egzystencji na siebie nachodzą – jak dwie burzowe chmury na piorunowym tarlisku – tylko po to by chwilę później – właśnie jak gnane wiatrem chmury – poszybować w przeciwnych kierunkach. To taka grawitacja wyznaczona przez sprężystość gumy – im mocniej się ją naciągnie, tym bardziej przyciągnie, a chwilę później odeśle w dal. Clowes szkicuje to z cynicznym wyrachowaniem i jednocześnie z wielką delikatnością, a nawet czułością. Co prawda dość szorstką, męską. Ale i taka się liczy.

Ghost World to komiks znany na świecie, mocno doceniony, a nawet zekranizowany. Piszę o tym, bo wiem, a nie wiedziałem. Z mojej perspektywy Ghost World stanowi interesujący przykład tego typu dzieła komiksowego, o które próżno pytać w kiosku RUCH-u. Przeznaczone jest dla ciut bardziej zaawansowanego czytelnika – takiego, który w komiksie szuka nie akcji i fajnej kreski, ale wartości dodanej, czasami dobrze ukrytej pod niekoniecznie bardzo atrakcyjną wizualnie formą. A powiedzmy sobie wprost: to nie jest piękny komiks. Monochromatyczny, irytująco zaniebieszczony, z postaciami przerysowanymi, obdartymi z urody i wdzięku, z mnóstwem scen testujących naszą wrażliwość graficzną. Jest to zarazem komiks bardzo czytelny i sprytnie skonfigurowany, z ciekawymi smaczkami i przemyślanymi detalami (jak choćby kreatywne metody ukrywania tytułu komiksu na wstępie każdego podrozdziału). Polecam. Kto wie, może nawet ta pozycja spodobałaby się zbuntowanym nastolatkom?

Źródło: Kultura Gniewu

Wilson to świeży dorobek Daniela Clowesa i zarazem dzieło poniekąd inne niż Ghost World. A już szczególnie inne pod względem graficznym. O ile poprzedni komiks był spójny wizualnie, tak tutaj mamy swego rodzaju jazdę bez trzymanki. Na Wilsona składa się wiele krótkich cząstek (stronicówek), a każda z nich prezentuje inne podejście rysownika. Oczywiście to nie jest tak, że każda z nich jest unikalna – w ramach całego komiksu mamy rozwiązania powtarzalne, jednak – sugeruję spojrzeć na skriny – poszczególne „typy” to tak jakby zupełnie inne komiksy. Mamy tutaj zarówno surowe monochromy, jak i całkiem cukierkowe „klasyki” oraz trochę czegoś pomiędzy.

Bohaterem komiksu jest relatywnie młody mężczyzna, tytułowy Wilson, unowocześniony – lub po prostu nieco posunięty w latach – wariant Rebeki i Enid. Wilson stoi u progu kariery, jednak zarówno do niej, jak i do całego swojego życia podchodzi dość podobnie co dwie przyjaciółki. Powtórzmy: brak grubszego pomysłu co ze sobą zrobić plus zaskakujące przekonanie o własnej wyższości. W przeciwieństwie do Rebeki i Enid, Wilson nie jest już w bezpiecznym obszarze, samo teoretyzowanie po prostu nie załatwia sprawy, z kolei dzianie się rzeczy Wilsonowi nie wychodzi. W trochę rozbitej kolejności odkrywamy różne epizody jego życia i wraz z Wilsonem się starzejemy – tylko w przenośni, rzecz jasna, bo lektura tego komiksu nie zajmie nam znaczącej cząstki życia. Powiedzmy, że postarzy nas góra o kilkadziesiąt minut, choć samego Wilsona doprowadzi do punktu, w którym wszystko opada, nawet ręce.

Wilson jest cyniczny, arogancki, złośliwy i chamski. Wilson to spoko gość, po prostu nie da się go nie polubić. No, powiedzmy że sprawia fajne wrażenie na kartach komiksu, na których on obśmiewa innych, ale i sam jest śmieszny na swój szczególny, tragikomiczny sposób. Bo Wilson to jest postać tragiczna. Ale nie w takim epickim sensie. Tragiczna bardzo kameralnie. Tragiczna bardzo zwyczajnie. Ot, to jeden z nas, tylko taki bardziej… po prostu bardziej. Wilson jest przejaskrawiony, nienaturalny wręcz, jednak łatwo odnaleźć w nim swoje własne cechy. Miejmy nadzieję, że te już pogrzebane i dociśnięte kamieniem.

Wilson – komiks – to ciekawy przypadek literacki i interesująca wyprawa w rejony, w które niekoniecznie chętnie się udajemy. Zresztą, możemy sobie tutaj pozwolić na wnioski wspólne także i dla Ghost World. Clowes zdaje się celować w prezentowaniu antybohaterów, osób nijakich, zarazem jednak bardzo zaawansowanych we własnej nijakości. Odpowiedzią jakiej owe postaci się dopracowały w tejże sprawie jest stroszenie kolcy i kłucie reszty świata. Enid, Rebeka, Wilson – każde z nich inne, ale i każde zdaje się mieć dla świata jedynie garść przykrych słów. Każde z nich wydaje się podążać wzdłuż strumienia, który istnieje tylko w ich głowach… w czym jednak wcale nie są aż tak odosobnieni. Czyż bowiem społeczeństwo nie jest losową i trochę niespójną grupą egocentryków i osób zapatrzonych w siebie? Ach, ciężko skrytykować tak totalnie któregoś z tych antybohaterów – jeśli posuniemy się w krytyce za daleko, to i nam samym się dostanie. Czy jednak w Wilsonie lub Ghost World chodzi o konstatacje natury psychologicznej lub socjologicznej? Chyba nie do końca. Clowes proponuje nam ciekawą zabawę w obśmiewanie wielowarstwowe czyli taką zabawę w ogra. Ci, o których czytamy, mają bekę z otaczających ich postaci, my mamy bekę – smutną wprawdzie, ale jednak – z nich. Kto zatem się śmieje z nas?

I kto się podejmie to narysować?

Kończąc: oba komiksy polecam. Ale to lektura, którą trzeba sobie należycie ulokować w głowie i upewnić się, że jestesmy skonfigurowani targetowo. Istnieje bowiem ryzyko rozminięcia się z sednem i poszybowanie w pustkę kosmosu, dywagując nad co ciekawszym wnioskiem Wilsona.

Metka:

  • Tytuł: Wilson
  • Wydawca PL: Kultura Gniewu
  • Ilustrator: Daniel Clowes
  • Scenariusz: Daniel Clowes
  • W skrócie: zgryźliwie i cynicznie urocza opowieść o nie byciu uroczym

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s