„Muzyka Marie” – japoński jazz

Lubicie grę w skojarzenia? No to spróbujmy. Dzisiejszy temat: Japonia. Jedziemy. Wiśnia i kimono, Samurajowie i Shoguni, karate i kamikadze, sake i sushi… A także manga, anime i czarnowłose, tudzież skośnookie uczennice w kusych spódniczkach oraz podkolanówkach… Ekhm… zostańmy przy mandze, bo jest ku temu doskonała okazja. Muzyka Marie to świetny przykład ambitnej i naprawdę mądrze skonstruowanej mangi, niezupełnie takiej, za jaką mangę się uważa powszechnie i stereotypowo. Wiecie, takiej z dużymi… oczami. Oraz kitkami. Oraz robotami. Oraz oczami. Oraz… innymi dużymi rzeczami. Aj, czemu jak myślę o Japonii na myśl przychodzą mi te wszystkie fascynujące dorosłego mężczyznę rzeczy (jakże niegodne szerszej uwagi!), a nie na przykład biografia admirała Yamamoto? I to konkretnie pytanie pozostawimy bez odpowiedzi.

Źródło: grafika dzięki uprzejmości wydawnictwa hanami

Przedmiotem niniejszego omówienia są dwa tomy Muzyki Marie, gdyż oba stanowią nierozerwalną całość. Komiks jest czarno-biały, kolorowych jest tylko kilka stron, co zresztą stanowi częsty przypadek w mandze. Brakuje mi, niestety, doświadczenia i wiedzy, by napisać jak częsty, ale obstawiam, że częstszy niż rzadszy. Taki, nomen omen, koloryt lokalny. Czy brak koloru jakkolwiek przeszkadza? Nie. Czarno-białe rysunki są wyraziste i sugestywne, aczkolwiek dla miłośnika europejskiego czy amerykańskiego komiksu pewnym progiem wejścia może być specyficzny sposób konstruowania kadrów czy rysowania postaci. Tego się nie da pomylić z czymś innym i wcale nie chodzi mi tutaj o wielkie oczy. I inne wielkie rzeczy, o których zdecydowanie nie będę wspominał, chociażby dlatego, że tutaj nie występują. Wróćmy do meritum. Taka a nie inna forma rysunku ułatwia odczytywanie detali, których jest całkiem sporo, w dodatku są zazwyczaj steampunkowe w formie, zatem bardzo mechaniczne, z ogromem kół zębatych i sprężyn, właśnie tak jak powinno być w rasowym paro-punku. Ogólnie, rysunki są wypracowane i dopracowane, podobają się zarówno z perspektywy artystycznej (oczywiście pomijając kwestię indywidualnego gustu), jak i stricte komiksowej. Do niejednego kadru warto wrócić po zakończeniu lektury, aby na spokojnie odczytać je w pełni i odnaleźć wszystkie poukrywane drobiazgi.

Przyznam jednak, że nie wszystko mi się w Muzyce Marie podoba aż tak. To, czym się zachwycam, czyli „japońskość” formy, w niektórych rysunkach mnie odrzuca – układ kadrów, z charakterystycznym sposobem „ujmowania” postaci, oraz sposób, w jaki pozostają one w relacji fizycznej do innych postaci i samego czytelnika wydaje mi się nieco sztuczny. W dodatku zbyt mocno kojarzę to z… grami komputerowymi. Miałem wrażenie, jakbym realizując jakiś quest, natknął się na NPC’a, który ma mi właśnie powierzyć side-quest. No i troszkę mnie to odbijało. Niektórym odbiorcom może się nie spodobać maniera rysowania poszczególnych kadrów w sporym oddaleniu, z bardzo małymi postaciami bohaterów i mnóstwem równie małych detali, aczkolwiek w mojej opinii to akurat daje radę. W każdym razie, mimo wszystkich zachwytów nad dziełem Usamaru, lektura komiksu przyniosła mi także pewien dysonans, który położył się delikatnym cieniem na poziom zadowolenia z albumów. Fajnie wskazany problem ilustruje poniższy kadr – widać na nim zarówno to, czego w omawianym komiksie nie lubię, jak i mocne strony Muzyki Marie, z wypracowanym tłem, mnóstwem fascynujących detali i ciekawą grą kilku planów oraz – jeszcze niżej – z dalekim planem.

Kadry z tomu pierwszego. Źródło: wydawnictwo.hanami.pl

Dobry komiks powinien być mocny w dwóch podstawowych – z mojego punktu widzenia – kategoriach: rysunek i scenariusz, a każda z tych płaszczyzn jest godnie reprezentowana na kartach niniejszego dzieła. Gdybym jednak miał wskazać mocniejszy punkt, to bez wahania uznałbym, że wartość Muzyki Marie leży w opowiedzianej historii, która jest wielopoziomowa, bardzo spójna i ma wyraźną wartość dodaną. Usamaru Furuya stworzył świetną opowieść, nieśpiesznie meandrującą, żyjącą własnym życiem i bardzo długo ukrywającą, o co naprawdę w niej chodzi. Wszystko jest tutaj łagodne i delikatne, a tych kilka wybojów, które uświadczymy po drodze, nie wskazuje na mocne bum czekające na nas w wielkim finale. Bo finał jest mocny, twistowy, odwraca perspektywę poznawczą, rozprasza mgłę sprzed naszych oczu i ujawnia, że się od początku myliliśmy w wielu, pozornie oczywistych sprawach. Co ciekawe, staranne prześledzenie fabuły ukaże, że to nie autor nas oszukiwał – sami daliśmy się omamić fabule, nie dostrzegając rozproszonych śladów, mogących sugerować, że coś jest na rzeczy. To właśnie owo mistrzostwo narracyjne – obok samej treści tej historii – zrobiło na mnie największe wrażenie.

Świat przedstawiony nie jest żadną wersją naszej rzeczywistości, ale gdyby troszkę przymrużyć oczy, to moglibyśmy się uprzeć, że po prostu przedstawia bliżej nieokreśloną przyszłość naszego globu. Przyszłość, w której udało się uporządkować w końcu ten wielki burdel, jakim jest ludzkość i raz na zawsze wyrugować wojny oraz negatywne emocje. Brzmi to jak (anty)utopia? Coś w tym jest, jednak błędem byłoby odczytywanie utworu przez ten pryzmat. A może inaczej: to dobra ścieżka, ale nie będąca sednem opowieści. To tylko jedna z nitek splotu. Tytułowa Marie to… coś. Może gigantyczny robot, może coś jeszcze innego, funkcjonującego na granicy wielu wymiarów. Marie jest rzeczywista i nie jest, gdyż mimo że przepływa nad światem niczym gigantyczny statek kosmiczny, dostrzegają ją tylko bardzo nieliczni. Wszyscy natomiast słyszą jej muzykę. To właśnie ta muzyka jest sposobem, w jaki Marie wpływa na ludzi, pęta ich wolę i… daje im spokojne, szczęśliwe życie, bez strachu przed wojną, bez agresji, bez kłótni. Cały ten ładunek szczęścia i doskonałości wiąże się z koniecznością ponoszenia kosztów, o ile stan częściowego czy pełnego zniewolenia możemy sprowadzić do nomenklatury ekonomicznej. Bohaterów opowieści jest – w pewnym sensie – dwoje. Kai i Pipi zamieszkują wyspę znaną jako Pirito. Kai miał w dzieciństwie wypadek, od tego czasu dysponuje unikalnymi umiejętnościami, m.in. potrafi słyszeć rzeczy, których nie słyszą inni, ale i dostrzega Marie, z którą łączy go coś, co pozostaje tymczasem nieokreślone. Pipi jest jedną z najładniejszych dziewczyn na wyspie i zbliża się do czasu swoich urodzin, a tym samym do momentu wyboru partnera. I bardzo, bardzo chciałaby, aby jej mężczyzną został Kai. Aby zwrócić na siebie jego uwagę, gotowa jest nawet zaryzykować własne życie. Sam Kai, mimo oczywistej sympatii do Pipi, zdaje się jednak funkcjonować w innym świecie i niekoniecznie jest zainteresowany wiązaniem się ani z nią, ani z kimkolwiek. Pozornie zwyczajny romans jest tylko sztafażem, a raczej maskirowką, której celem jest wodzenie czytelnika za nos, aż do końca drugiego tomu, w którym karty zostają odkryte. I nic już nie będzie takie samo jak wcześniej…

Źródło: grafika dzięki uprzejmości wydawnictwa hanami

Nie czuję się na siłach, by dyskutować o tym komiksie z perspektywy znawcy, a nawet fanatyka. Mimo fascynacji kulturą japońską mam świadomość ogromnych braków w wiedzy – jak na dobry ser szwajcarski przystało, dziur jest więcej niż właściwego sera, jednak co się sprawdza w produktach mlekopochodnych, niekoniecznie poradzi sobie w recenzji. Wszystko co napisałem do tej pory, to oczywiście opinie subiektywne, ale jeśli ktoś jest ciekaw szerszego omówienia tego świetnego komiksu, to z chęcią i radością w sercu odsyłam do konkurencyjnej recenzji -> Tanuki-Manga.

A już zupełnie na marginesie, tak ciekawostkowo… wspomniałem o rozmaitych rzeczach, z którymi kojarzy się Japonia. Ja osobiście bardzo lubię sztukę japońską, a przynajmniej pewne jej wybrane artefakty. Jednym z takich ulubionych dzieł jest Wielka Fala w Kanagawie, co nie świadczy o żadnym wyrafinowaniu, bowiem obraz Hokusaia należy do wręcz kanonicznych wytworów kultury japońskiej. Tak jak np. Słoneczniki van Gogha. Czy przyszłoby komuś na myśl, aby Wielką Falę w Kanagawie drukować na… prezerwatywach? Japończykom przyszło do głowy. Z takim oto efektem:

Źródło grafiki: https://grapee.jp/en/116700

I jak tu nie uwielbiać Japończyków?

PS. Muzyka Marie to jeden z ulubionych komiksów mojej żony. A moja żona przecież nigdy się nie myli ;-P.

Metka:

  • Tytuł: Muzyka Marie 1&2
  • Wydawca PL: Hanami
  • Ilustrator: Usamaru Furuya
  • Scenariusz: Usamaru Furuya
  • W skrócie: filozoficzna manga z treścią jak dzwon

3 Comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s